czwartek, 12 lipca 2012

"Gra Endera" Orson Scott Card

Autor: Orson Scott Card
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 325
Cena: 32zł
Źródło: zakup własny
Ocena: 9/10

Długo obiecywałam sobie przeczytanie tej pozycji. Zebrała mnóstwo świetnych recenzji i zyskała wielu fanów, również wśród blogspotowych recenzentów. Wystarczyło pierwsze kilkadziesiąt stron, żebym  i ja zdecydowała się prosto z empikowej czytelni pomaszerować do kasy. Świat młodego Endera wciągnął mnie w niecałą godzinę swoją atmosferą, unoszącą się nad każdą stroną mgłą smutku, która spowija czytelnika i pozwala mu poczuć razem z bohaterami książki. Card wpadł na pomysł, który być może nie jest wyjątkowo świeży i nowatorski, ale sposób w jaki go podał i jak oprawił nie pozwala na obojętność. 

Słowa wyjaśnienia, skąd moje zachwyty. Historia Endera ma miejsce w świecie przyszłości, gdzie odbywa się kontrola urodzeń, ludzkość została już dwukrotnie zaatakowana przez przybyszów z obcych planet, zaś podział polityczny na Ziemi opiera się o Układ Warszawski pod wodzą Rosji i antagonistyczne w stosunku do Rosjan rządy USA. W chwili, gdy poznajemy Endera, panuje pokój, bo nic nie jednoczy tak dobrze, jak wspólny wróg. W takim właśnie uniwersum żyje sobie mały chłopiec, urodzony w swojej rodzinie jako Trzeci. Jako Trzeci z rodzeństwa bowiem dostaje szansę szkolenia się na żołnierza, który będzie w przyszłości bronił gatunku ludzkiego przed kolejną inwazją kosmicznych robali. Kolejnym poziomem książki jest życie wewnętrzne samego chłopca - jego lęk przed agresją i złem, nienaturalna dojrzałość i ukryty geniusz oraz pragnienie bezinteresownej miłości i przyjaźni. 

Zdradzanie więcej szczegółów dobrze ułożonej fabuły byłoby grzechem. Card zadbał o przemyślany układ wydarzeń i odsłania kolejne karty zawsze w odpowiedniej chwili. Zatroszczył się też o wyjątkową atmosferę i poruszającą historię chłopca zagubionego w oszukańczym i bezwzględnym świecie dorosłych, zaplątanego w podłych machinacjach i manipulacjach ludzkim zaufaniem. Powieść jest wielopoziomowa, a każdy z tych poziomów to dobry materiał na refleksje i samodzielne przemyślenie tematu. Powaga książki nie odbiera jednak intensywności emocji, jakie ze sobą niesie. "Smutek" to zbyt ogólne słowo, aby określić gamę odczuć, jakie wywołują losy Endera nieustannie ścierającego się z zimną, nieprzyjazną rzeczywistością. Fakt, że chłopiec oraz jego rodzeństwo są tak nienaturalnie dojrzali jak na swój dziecięcy wiek, dodaje smaku całości i pozwala zestawić niewinność i czystość pragnień dziecka z zepsuciem, jakie niesie ze sobą dojrzewanie. To walka pięknej duszy ze zgniłą naturą człowieka.

Orson Scott Card szybko i nieskomplikowanie zwerbował mnie sobie na zwolenniczkę swojego pisarstwa za pomocą stworzenia tak emocjonalnej i wyjątkowej powieści. Nie polecam zważać na to, że to science fiction. Nie polecam zważać na to, że bohaterem jest dziecko i mogą pojawić się obawy, czy nie będzie infantylnie. "Gra Endera" to dojrzała, wielopłaszczyznowa historia, która mimo fantastycznej oprawy niesie ze sobą wiele prawdziwych emocji i wrażeń oraz stawia pytania idealnie pasujące do jakichkolwiek czasów, zmuszające wręcz do zastanowienia nad współczesnością oraz naturą człowieka. To po prostu dobrze napisana książka, i polecam ją każdemu.

niedziela, 8 lipca 2012

"W otchłani" Beth Revis


Autor: Beth Revis
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 392
Cena: 37zł
Źródło: Gildia.pl

Nurt science fiction obfituje w całe mnóstwo alternatywnych wersji naszej przyszłości wynikających z postępu techniki. Beth Revis postanowiła zaoferować coś od siebie, zawężając jednak swoją niepokojącą wizję do jednego statku, który podróżuje na planetę, którą można zamieszkać – Centauri-Ziemię. Zaprosiła nas do metalowego kolosa, w którym śpią trzystuletnim snem zamrożeni kolonizatorzy chronieni przez kilkutysięczną załogę zamieszkującą „Błogosławionego”. Przygodę rozpoczyna przypadkowe rozmrożenie nastolatki, która dowiaduje się, że jej rodzice obudzą się dopiero za kilkadziesiąt lat na nowej planecie. Amy musi spędzić ten czas zamknięta w kosmicznej klatce lecącego statku. Nic piękniejszego dla dojrzewającej kobiety

Nastoletni bohaterowie i okładka może zmylić – „W otchłani” wątek miłosny jest pobocznym, a wszystko skupia się wokół wielkiej tajemnicy statku, który po kilkuset latach od wyruszenia został zmodernizowany i zreorganizowany. Społeczność została podporządkowana centralnemu zarządzaniu,  mieszkańcy są ogłupiani przez dziwne substancje i rytuały, a wszystkim steruje tyran w osobie Najstarszego. Wątek zniewolonej ludności walczy o lepsze z rozterkami Amy, która została postawiona w dramatycznej sytuacji. Na domiar złego, rozpoczęła się seria zagadkowych śmierci zamrożonych żołnierzy i zagrożony jest również jej ojciec. Atmosfera gęstnieje z każdą stroną, liczba podejrzanych się zacieśnia. Dochodzi do silnego konfliktu między Najstarszym, a jego następcą, który nie tylko sprzeciwia się tyranii, ale chce też pomóc zagubionej dziewczynie.

Revis wykreowała bardzo dobry klimat, który mimo dość prostego języka, utrzymywany jest równomiernie przez całą powieść. Z początku pomysł i wykonanie może wydawać się infantylne, ale takie wrażenie  szybko mija zastąpione przez stopniowe budowanie napięcia i atmosferę, która robi się coraz bardziej duszna. Z każdą stroną pojawia się coraz więcej znaków zapytania i niewytłumaczonych zjawisk. Ostatecznie, wydźwięk jest smutny, na swój sposób przygnębiający, ale zadziwia swoją głębią to, co wcześniej zdawało się mieć predyspozycje tylko do historyjki o gwiezdnych perypetiach. Pisarka dotyka problemów, które nie pasują do przyjemnych opowiastek na dobranoc i zabiera w podróż dużo bardziej wstrząsającą, niż może sugerować to opis z okładki.

„W otchłani” jest dopiero pierwszą częścią opowieści o losach załogi „Błogosławionego” oraz pary Amy i Starszego statku. Mimo pewnej prostoty, jest pełnowartościową książką, która może zapewnić dreszczyk emocji i zachęcić do refleksji nad tematami obracającymi się nie tylko wokół przyszłości, ale też wokół ciemniejszej strony natury człowieka. To synteza przygody przeplatanej z kryminałem, polanej sosem science fiction. Nie pozostaje nic innego, jak wsiąść na pokład „Błogosławionego” i na własnej skórze doświadczyć życia w metalowym świecie bez Słońca i świeżego powietrza.

wtorek, 3 lipca 2012

"Kłamca 4" Jakub Ćwiek

Tytuł: Kłamca 4 Kill 'Em All
Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: fabryka słów
Liczba stron: 373
Ocena: 4/10


Jakiś czas temu ujrzałam tę czerwoną "czwórkę" w księgarni i pomyślałam sobie, że może TYM razem warto. Może wszystkie niemiłe wrażenia po trzeciej części znikną przykryte powrotem do starego dobrego Lokiego, który bawił i wciągał, bo niczego innego po tej literaturze nie można oczekiwać. Może... Mój sceptycyzm doprowadził mnie do tego, że nie kupiłam, a wypożyczyłam tę książkę i cóż, nie mydląc oczu, ów sceptycyzm miał znowu rację - są inne książki warte około trzydziestu złotych, po których można nawet zmądrzeć, a przynajmniej pozostawią lepsze wrażenie.

Po tym źle nastawiającym wstępie, coś niecoś o fabule. Apokalipsa i nieświadomy jej Loki, który stara się niepotrzebnie zabić antychrysta otwierają nam okno na świat pełen śmierci i zniszczenia. Po prostu Teddy, zwany też Lucyferem, wprowadza w życie swój genialny plan sięgnięcia po władzę absolutną za pomocą Limbo. Po Ziemi wałęsają się zombie, ludzie starają się przeżyć organizując się pod skrzydłami aniołów, zaś archaniołowie ostatkiem sił usiłują podążać za czymś, co w założeniu ma być boskimi dyrektywami, ale jest tylko przeczuciem. Gdzie tu miejsce dla głównego bohatera? Ja też nie wiem, siedzi gdzieś na bocznym planie i dopiero pod koniec zaczyna być wprowadzany do znaczącej akcji...

Postać Lokiego jest bardzo dobrze wykreowana i pociąga za sobą czytelnika. Cóż z tego, jeśli za to pan Ćwiek zebrał już oklaski po pierwszym tomie jego przygód, zaś tendencja jakości była później spadkowa. Tak i tutaj, akcji jest sporo, są próby epickości i nierozłączne przenikanie popkultury do opowieści o bogach i aniołach. Jest też abstrakcyjny humor i w ogóle wykorzystanie absurdu jako środka na wszystko. Tyle, że niewiele z tego wynika, sama akcja nie pociąga za sobą w szczególny sposób, ot, coś się dzieje. Zanim główny bohater dochodzi faktycznie do głosu, mija sporo czasu, a do połowy książki jego przygody są tylko tłem. Brakuje tego polotu, lekkości opowiadania zabawnych historii o Kłamcy, które kiedyś zapewniały serii miejsce wśród dobrych rozrywkowych czytadeł.

Czwarta część jest już ostatnią i sądzę, że to naprawdę dobrze dla serii i samego autora. Zakończenie całej historii jest w miarę udane, co podnosi delikatnie ocenę książki. Druga połowa tego tomu daje niejaką nadzieję na to, że nie jest aż tak źle, zaczynają dziać się ciekawsze rzeczy i na scenę wchodzą sensowne pomysły. Stąd też ocena nie jest tak brutalna, a mogłaby być za zapewnienia, że będzie dużo lepiej niż w tomie trzecim, które nie  miały wiele wspólnego z prawdą. Potencjał pierwszych dwóch tomów został nieco zmarnowany, co nie oznacza, że nie można wrócić z upodobaniem do owych pozycji i podarować sobie dwie ostatnie, tudzież przeczytać je z ciekawości zakończenia. Polecam tylko w tym ostatnim przypadku i tylko osobom, które lekturę trzech poprzednich tomów mają już za sobą.


piątek, 8 czerwca 2012

"Grombelardzka legenda tom II" Feliks W. Kres

Tytuł: "Grombelardzka legenda" Tom II
Autor: Feliks W. Kres
Cena na okładce: 29,99zł
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 364
Ocena: 8/10

Grombelard to kraj nagich skał i nieskończonego deszczu. To kraj stalowych ludzi, rozbójników przemierzających nieprzystępne góry. To kraina porzucona przez Szerń, gdzie po dziś dzień echa dawnej magii burzą spokój tych, którzy próbują zapuszczać się na dawno zapomniane szlaki. Góry Grombelardu zrodziły legendę o niezwykłej kobiecie, Łowczyni o imieniu Karenira, której historia będzie wiecznie żywa. Pamięć ludzka nie pominęła też towarzyszy jej...niedoli. Kotów gadba, mędrców, prostych żołnierzy i wielkich rozbójników, morderców, księżniczek. Ale jak doszło do tego, że zwykła kobieta z Armektu stała się symbolem wytrwałości, znakiem rozpoznawalnym dla każdego Grombelardczyka? O tym właśnie opowiada drugi tom tej legendy.

Zaskoczenie numer jeden - Karenira nie jest już naszą bohaterką do ostatnich stron i Kres oddaje głos zupełnie nowym postaciom, zmieniając jednocześnie wydźwięk i atmosferę całości. Świat nie zmienił się od poprzedniego tomu pod względem kreacji, zasady cały czas są te same i tak samo sprawdzone. Na swój sposób nietypowe rozwiązania, które odcinają Kresa zdecydowanie od masy innych twórców, powracają ze zdwojoną siłą. Pierwszy tom rozpoczynał historię Kareniry, przedstawiał kilka jej mniej lub bardziej mrocznych przygód. W tej odsłonie mrocznie i nieprzyjemnie jest cały czas, a klimat wilgotnych, zatopionych w szarości gór nieustannie podąża za czytelnikiem. Zaskoczeniem numer dwa są zabiegi pisarza, ale musiałby być to zbyt bolesny spoiler, by zatapiać się w tym temacie. Dość powiedzieć, że w połowie książki przychodzi czytającemu wciągnąć powietrze ze świstem i wytrzeszczyć oczy "to naprawdę się stało?"

Mogę sobie też trochę ponarzekać, co nie zmieniło się od poprzedniego tomu. Bohaterka jak zwykle jest średnio inteligentna i tym samym irytująca, dlatego wyprowadzenie jej z pierwszego planu w niektórych opowiadaniach jest naprawdę zbawienne. Właściwie nie wiem, co autor ma do kobiet, bo większość z nich w tej powieści nie grzeszy jakąkolwiek myślą (chociaż nie ogranicza się to jedynie do płci pięknej), ale istnieje też przeciwwaga tych mało mądrych pań. Reprezentacja postaci myślących jest co prawda niewielka, ale warto zaznaczyć jej istnienie. Poza tym to w dalszym ciągu niezła książka, o intrygującej atmosferze, z dobrym pomysłem i łatwa do przeczytania. W tej części nietrudno o zaskoczenie i bardzo szybko pochłania się te blisko czterysta stron przygód Kareniry i reszty zgrai. 

Znajomość pierwszego tomu - obowiązkowa, co jednak nie powinno przysparzać problemu, gdyż są sprzedawane razem. Poza tym pominięcie wstępu, to robienie sobie krzywdy - tomy tworzą integralną, dobrze zgraną całość i można potraktować je jako jedność. To było moje pierwsze spotkanie z panem Kresem, i po tym tomie stwierdzam - zupełnie nie żałuję, a nawet jestem skłonna poszukiwać innych dzieł pana. Jest to przyjemna fantastyka, być może nie najwyższej próby...ale na pewno nie banalna i nie jest kolejną wersją tego, co ostatnio serwuje się na empikowych półkach. Polecam!

wtorek, 29 maja 2012

"Niezgodna" Veronica Roth

Ocena: 7/10
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 352
Cena: 37,80zł
 Źródło: portal Gildia.pl




Dojrzewanie to trudny okres kształtowania młodej osoby. Człowiek buduje sobie kręgosłup moralny, zaczyna dokonywać świadomych wyborów i decydować o swojej osobowości. W Chicago podzielonym na pięć frakcji – Serdeczność, Altruizm, Nieustraszoność, Prawość i Erudycję, wybór dorastającego człowieka jest pozorny i podlega wzorcowi. Z pięciu ścieżek szesnastoletni mieszkaniec miasta może wkroczyć na jedną, by podporządkować resztę swojego życia zasadom frakcji, która staje się jego domem. To ograniczenie wolności i wtłoczenie całego społeczeństwa w pozornie nieomylny system ma zapobiec konfliktom, które doprowadziły świat do ruiny. Pytanie, czy te umysłowe kajdanki faktycznie prowadzą do wymarzonej wizji pokoju?

Beatrice Prior jest wychowanką Altruistów i do szesnastego roku życia musi wyrzekać się przyjemności i własnych poglądów. Pod okiem nieustępliwych rodziców dopasowuje się mimowolnie do wzorca frakcji, czekając na dzień, kiedy to ona będzie mogła dokonać wyboru. Podczas testów mających określić przynależność, Beatrice dowiaduje się czegoś, czego nie rozumie – jest Niezgodna, nie pasuje do ustalonych wytycznych kwalifikujących jej osobowość. Gdy nadchodzi czas wyboru, zdezorientowana dziewczyna upuszcza kilka kropel krwi na rozpalone węgle – znak Nieustraszonych. Ta decyzja odcina ją od rodziny i zawodzi jej ukochanego ojca, zdeklarowanego Altruistę. Przychodzi czas na morderczy nowicjat, naukę rywalizacji i pierwsze samodzielne kroki.  Od chwili wyboru dziewczyna przybiera imię Tris, by poczuć się nowo narodzona jako młoda kobieta walcząca z własną niezgodnością – niedopasowaniem do znanego sobie świata.

Jako pierwsza podczas lektury „Niezgodnej” rzuca się w oczy narracja prowadzona przez młodą, niedoświadczoną dziewczynę. Sposób jej opowiadania jest podobny do toku myśli, składa się z niezbyt rozbudowanych zdań. Sprawia to, że tekst jest bardzo dynamiczny, ale jednocześnie prosty, co można sobie poczytać za wadę. Charakter głównej bohaterki przedstawia się iście kryształowo – Tris jest dobra, niezależna, ma w sobie nieco altruizmu ale też i asertywności, jako że jest Niezgodna. Jej wyjątkowa emocjonalność nadaje barw ponurej rzeczywistości otoczenia. Dziewczyna chwieje się pomiędzy brutalnością chwaloną przez Nieustraszonych, a swoim własnym dobrym sercem nastawionym przez tyle lat na empatię. Szkoda tylko, że bohaterce Roth zabrakło w tym wszystkim nieco bystrości i przenikliwości – Tris zdaje się czasem myśleć wyjątkowo nielogicznie, jej wnioski są powierzchowne i nieuzasadnione, co nie zawsze da się wyjaśnić infantylnością postaci.

Chicago zaczyna powoli przypominać tykającą bombę, gdy zgoda między frakcjami zostaje załamana. Jest to bazą dla fabuły, która ma rozciągnąć się na trzy tomy. Polityczne niesnaski dotyczą też głównej bohaterki, która tkwi między młotem a kowadłem w walce pomiędzy frakcją swoich rodziców, a Erudytami łakomymi na władzę sprawowaną przez Altruistów. Razem z Tris można obejrzeć walący się w posadach sztuczny porządek utworzony przez nienaturalny podział daleki od prawdziwych instynktów człowieka. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że pisarka potraktowała tę część powieści nieco powierzchownie, a elementy świata służą często jedynie jako dopełnienie stanów emocjonalnych dorastającej Niezgodnej Tris. Nawet brutalność czy hierarchia we frakcji Nieustraszonych, którym poświęcona jest większość książki, wydają się być mało realistyczne i potraktowane trochę po macoszemu. Pewnym drobnym minusem są też osobowości samych bohaterów drugoplanowych – schematyczne i czarno-białe, co pozwala na łatwe przewidywanie wydarzeń w książce. Brakuje niejednoznaczności charakteryzującej prawdziwy świat, której kosztem autorka łatwo wartościuje wszystko w swojej powieści.

Pisząc swoją książkę Veronica Roth nie uniknęła schematów, z których chętnie korzysta dziś wielu młodych pisarzy: od zera do bohatera i nieskomplikowanych mechanizmów rządzących fabułą, bohaterami i światem przedstawionym. Jednocześnie pojawia się to, co w podobnych tekstach zastępuje kunsztowną formę – emocje płynące z kartek, ludzki pierwiastek sprawiający, że przeżywa się wszystko razem z bohaterką, która stara się przetrwać i zrozumieć otaczającą ją rzeczywistość. Wartka akcja wciąga w dystopijną wizję autorki zapewniając dobrych kilka godzin rozrywki z książką. Fani niezobowiązujących lektur z futurystycznym akcentem nie powinni być zawiedzeni.


czwartek, 10 maja 2012

"Upadek" Richard Lee Byers

Ocena: 4/10
Cena sugerowana: 27,90zł
Wydawnictwo: ISA
Tytuł oryginału: Dissolution
Liczba stron: 410

Przyszło mi powitać Was w świecie, w którym lojalność, miłość, wierność, stałość to przywary i oznaki wyjątkowej słabości, godne pożałowania i nie warte splunięcia. Menzoberranzan to miasto w krainie Podmroku zamieszkiwane od stuleci przez mroczne elfy zwane drowami, lud wybrany pajęczej królowej Lloth. Drowy życie spędzają na intrygach, nieustannej serii zabójstw z przyjemności lub w walce o władzę i pozycję. Ich zamiłowanie do tortur, okrucieństwa i wszelkich przejawów chaosu jest znane w całych Zapomnianych Krainach. Społeczność drowów od zawsze skupia się wokół matriarchatu. Mężczyźni to niższa kasta, podległa wszystkim kobietom i kapłankom pajęczej bogini. Jeszcze niżej w hierarchii stoją wszystkie inne rasy, które służą jedynie jako niewolnicy, traktowani przedmiotowo i z wyjątkowym okrucieństwem. W tym właśnie urokliwym miejscu wydarzyła się katastrofa zagrażająca władzy kobiet i domu Baenre - Lloth odebrała moc swoim kapłankom i porzuciła Menzoberranzan. 

W tych okolicznościach Gromph, arcymag wieży Sorcere, postanowił zamordować swoją siostrę, najwyższą kapłankę Quenthel i na własną rękę dowiedzieć się, co takiego spowodowało odejście bogini.
W ostatnim czasie z domów zaczęli uciekać mężczyźni, prawdopodobnie by stworzyć jakąś organizację przeciw ustalonemu porządkowi, wyczuwając niemoc kapłanek. W końcu przydarza się się jedna okazja na sto, żeby pozbyć się kobiecej dominacji. Gromph posyła  dwójkę uzdolnionych mistrzów - Pharauna i Rylda Argitha by wytropili uciekinierów. Z nimi spędzimy większość czasu podczas lektury, przemierzając nieprzyjazne ulice mrocznego miasta i śledząc spisek.

Już od pierwszych stron atakuje nas prolog starego dobrego Salvatore'a, który w tym przypadku opowieści z Forgotten Realms ograniczył się jedynie do rekomendacji kolegi po fachu i właśnie tego krótkiego wstępu. Dalej pióro przechodzi już w ręce pana Lee Byersa i nie jestem przekonana co do tego, czy to dobre posunięcie. Powieści osadzone w FR nie są chwalone, ponieważ opierają się na ścisłych ramach świata i są dość schematyczne. W tej schematyczności moim skromnym zdaniem pan Byers prześcignął trochę swojego kolegę - Salvatore'a, autora Legendy Drizzta. Opis drowów jest tak mroczny, że przechodzi czasem już w kiepskie próby wykreowania najstraszniejszego z najstraszniejszych gatunków. Podobnie ma się sprawa z opisami magii elfów. Czary, którymi posługują się ponure drowy, są trochę przerysowane i pachną tekstami w stylu "Mag 5 levelu właśnie cisnął fireballa". Na szczęście przedstawianie rasy kończy się dość szybko i potem można ją poznać tak, jak powinno być od początku, czyli przez obserwację zachowania bohaterów. Tu już jest lepiej,  ponieważ pisarz nie zniszczył konwencji i drowy są tym, czym być powinny - okrutnymi, nieprzewidywalnymi istotami z Podmroku. Niestety autor środek ciężkości przerzucił nie na ciekawą naturę mrocznych elfów, ale na nieustanną akcję. Co parę stron latają sztylety, płynie krew i pojawiają się podbramkowe sytuacje. Po dwustu stronach taki stan rzeczy staje się męczący, ponieważ starcia  są przewidywalne. Wszystkie opierają się mniej więcej na schemacie, w którym pod sam koniec jakieś cudowne wydarzenie przechyla szalę zwycięstwa na stronę bohatera. Niezbyt to zajmujące.

Sama fabuła nie porusza pomysłowością. Historia nie ma żadnego punktu, który mógłby podnieść ciśnienie albo żywo zainteresować. Wynika to częściowo z natury mieszkańców Menzoberranzan - wszyscy mają podobną, więc tak naprawdę nie ma żadnej postaci, z którą można by było sympatyzować i trzymać kciuki. Tutaj można mieć pretensje do pisarza, bo o ile okrucieństwo i skrajny egoizm są wspólną cechą drowów, to istnieją też inne cechy osobowości, które mogłyby wyróżniać bohaterów. W dodatku autor rozdrobnił się na parę wątków: opisuje misję Pharauna i Rylda, walki Quenthel z demonami nasłanymi przez brata i krótką przygodę mało ważnej elfki Faeryl. Ta ostatnia została wprowadzona najwidoczniej po to, by było o czym pisać w drugiej części, bowiem jej historia nie wprowadza niczego do fabuły i jest zupełnie zbędna. Brakuje też elementów zaskoczenia. Praktycznie od początku Byers jak kawa na ławę zasugerował oczywiste odpowiedzi ustami swoich bohaterów i tylko drobne niejasności każą przeczytać następne strony powieści.

To co uznaję za plus, to niestety głównie samo uniwersum i wybranie rasy mrocznych elfów na bohaterów tekstu. Stawia to jednak powieść jako pozycję odpowiednią głównie dla sympatyków gier RPG i Forgotten Realms. Drowy nie są sympatycznymi, tradycyjnymi bohaterami, do których losów moglibyśmy się uśmiechać i sprzyjać. Daje to trochę odpoczynku od szlachetności i generalnie od ludzkich lub nadludzkich odruchów bohaterów klasycznego fantasy. Jest to książka, w której częściej można się krzywić aniżeli przeżywać razem z postaciami. Niestety, pretekstów do krzywienia się jest trochę więcej, niż ogólne zepsucie mrocznych elfów. Myślę, że pozycja może się spodobać wielbicielom dużej ilości akcji w książkach oraz czegoś mniej konwencjonalnego od tradycyjnego szlachetnego bohatera walczącego ze złem.

czwartek, 26 kwietnia 2012

"Amerykańscy bogowie" Neil Gaiman

Tytuł: Amerykańscy bogowie
Autor: Neil Gaiman
Liczba stron 600
Wydawnictwo: MAG
Cena: 35zł
Ocena: 8/10

Witajcie w świecie, który porzuca wszelkie zasady prawdopodobieństwa - Neil Gaiman zaprasza. Wrzuca w uniwersum wypełnione brutalnością, bolesną wręcz dosłownością i post-modernistycznymi obrazami. Antyfundamentalizm dookoła, racjonalne myślenie schowane głęboko w kieszeń i można już ruszać na spotkanie przygodzie, którą gotuje dla nas pisarz. Ta przygoda to coś zupełnie niezwykłego, ale też...niesmacznego? Tak, właściwie można powiedzieć, że Gaiman nie pisze dla ludzi delikatnych. Podróż zaczynamy w więzieniu, gdzie swój wyrok odsiaduje niejaki Cień. Zbrodnia nie była wielka, chodziło o pieniądze i pobicie paru gości, nic wielkiego. Cień jest wzorowym więźniem i zamiast sześciu lat, siedzi tylko trzy. Postanowił przeczekać czas, po którym wróci do swojej cudownej żony Laury, pracy na siłowni u kumpla i normalnego życia. Cień już wie, że nie zaprzepaści tej szansy na normalność i święty spokój. Będzie doskonałym obywatelem. W przeddzień wyjścia podchodzi do niego ktoś i mówi "nadchodzi burza". Od tej pory Cień już wie, że nic nie będzie ani normalne, ani bezpieczne. 

Żona Cienia umarła w dniu jego wyjścia z więzienia obciągając jego kumplowi w samochodzie. Zmarli oboje. Nie ma pracy, nie ma kobiety ani poczucia, że ktoś naprawdę w niego wierzył i czekał. W końcu nadchodzi burza, więc jak mogłoby być normalnie? Cienia nawiedza w każdym miejscu dziwny gość, który pozwala nazywać się Wednesdayem i oferuje mu pracę. Wednesday pojawia się wszędzie, wie o wszystkim, przepowiada Cieniowi to, czego on sam jeszcze nie wie. Laura nie żyje, więc co innego miałby robić były więzień? Cień i Wednesday rozpoczynają owocną współpracę, spotykają słowiańskich bogów, starego dobrego Anansiego, afrykańskiego boga pająka i starają się zjednoczyć boską ferajnę przeciw nowym bóstwom komputerów, mediów i innych wynalazków współczesności. Normalność przepadła, a Wednesday zwany dawniej Odynem ciąga Cienia za sobą, przez świat fantastycznych istot, tanich knajp przy autostradach, świat pachnący Jackiem Danielsem i krwią. Za mężczyzną podąża jego powstała z grobu żona. Nigdy nie było normalniej.

W mojej opinii Gaiman jest świetnym pisarzem. Tworzy wyjątkową atmosferę, charakterystyczną tylko dla swoich tekstów i wprowadza z łatwością absurd do znanego świata w tak nieuchwytny sposób, że to co wydawałoby się nielogiczne, po kilkudziesięciu stronach przestaje dziwić i staje się dla czytelnika czymś znajomym, integralnym z uniwersum. Poziom absurdu u Gaimana w ogóle jest bardzo wysoki i wymaga przetrawienia pewnych "faktów". Dlaczego ifryt z Bliskiego Wschodu kocha się z islamistą w Nowym Jorku i dlaczego wcześniej wspomniany jest tym zachwycony? Dlaczego kobieta, która przed chwilą była zwykłą prostytutką, nagle pochłania waginą swojego kochanka? Nie pytajcie. Pisarz po prostu snuje historię, którą należy przyjąć do siebie i ogarnąć umysłem. Samo uniwersum poza tym, że wykracza poza logikę, jest bardzo ponure. Właściwie to nie "uniwersum" a nasz codzienny świat, w którym Gaiman dostrzega i opisuje szczegóły, które tworzą tę niepowtarzalną atmosferę. Miejsca, które wybiera, sposób w jaki opisuje, to wszystko składa się na wyjątkowość tekstu.

Bohaterowie, to głównie bogowie, ale też ludzie z krwi i kości - zdarzają się. Każdy jest wielkim indywiduum, o swoich upodobaniach, zwyczajach, sympatiach i antypatiach. Postacie mają swoje unikalne zestawy cech, wyjątkowe charaktery oraz swoje jądro ciemności. U Gaimana nie ma bogów i ludzi kryształowych. Albo masz brud za paznokciami, uwielbiasz rozbijać czaszki, zabiłeś kogoś, kłębią się w Tobie robaki, albo nie nadajesz się na gaimanowego bohatera. Do samego końca te ciemne strony niemilców wypełniających powieść są niedopowiedziane i dopiero finał rozjaśnia obraz w bardzo brutalny sposób całą sytuację. Zarówno fabuła jak i natura bohaterów nie są przewidywalne.

"Amerykańscy bogowie" dla zwykłego śmiertelnika mogą stanowić na pewno pozycję zbyt dosłowną, zamało delikatną, za bardzo plującą na jakiekolwiek zasady dobrego smaku. Może też przeszkadzać oderwanie od realności, które wbrew pozorom samo w sobie jest bardzo obrazowym komentarzem do współczesności i właściwie więcej w tym prawdy o nas, niż w bardzo przyziemnych książkach o ludzkich historiach. Jeśli jednak ktoś jest w stanie odsunąć na bok uprzedzenia i przeczytać dobrą niebanalną powieść, to gorąco polecam zapoznanie się zarówno z tą pozycją, jak i z resztą twórczości autora. Napomknę, że książka zebrała wiele nagród, do wielu została nominowana i stała się bestsellerem :)