Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fabryka słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fabryka słów. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 stycznia 2013

Andrzej Pilipiuk "Oko jelenia I - Droga do Nidaros"

Wydawnictwo:  Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Liczba stron: 399
Oprawa: miękka 
Cena z okładki: 29,99zł
Ocena: 4/10



Z panem Pilipiukiem to jest tak, że świetnie wpasował się w nazwę swojego wydawnictwa - istna fabryka. Napisał kilka serii i oskarżony o tworzenie bezrefleksyjnych, rozrywkowych czytadeł stwierdził, że w istocie, jest to swego rodzaju produkcja, mająca na celu zachęcenie młodzieży do lektury. Ale żeby tak...? Co kto lubi, pan Pilipiuk ma niemało zwolenników. To czego nie można mu odmówić, to na pewno lekkość tworzenia historyjek, w których zawsze upchnie się coś karykaturalnego i zabawnego, dołoży się jakieś zagrożenie rodzajem zależne od świata przedstawionego i takim to sposobem ma się gotowe kilkaset stron. 

Przejdźmy do rzeczy. Mamy koniec świata i Ziemię przybywają kosmici. Ludzie świadomi tragedii rzucają się sobie do gardeł w ostatnich podrygach przed śmiercią nadciągającą z kosmosu. W tym katastrofalnym wirze wydarzeń przeciętny nauczyciel informatyki, Marek Oberech, z przeciętnego liceum postanawia, że nie wpadnie w ten bezmyślny, zwierzęcy szał i ratuje życie młodemu chłopakowi, który wpadł w tarapaty. Zdawałoby się, że po tym heroicznym wyczynie wspólnie doczekają masowej zagłady życia na planecie - ale gdzież tam! Zjawia się kosmita, który oferuje im ocalenie w zamian za służbę. Oboje zgadzają się natychmiast i trafiają...do szesnastowiecznej Norwegii. Tam gadająca łasica-kosmitka zleca nauczycielowi zadanie odnalezienia tajemniczego Oka jelenia - artefaktu niezbędnego międzygwiezdnym istotom. I tak rozpoczyna się nasza przygoda, mająca swój początek w okolicy Trondheim czyli innymi słowy - Nidaros.

Znakiem szczególnym pisarstwa autora, który dostrzec można również w Drodze do Nidaros, jest zawarcie minimum istotnej treści na maksymalnej liczbie kartek, które tworzą objętość nie odstraszającą jeszcze młodego czytelnika, ale sprawiającą wrażenie solidnej. W gruncie rzeczy i wbrew wszelkim pozorom w powieści dzieje się niewiele. Brakuje szczególnych smaczków, bohaterowie mimo interesujących historii są bezpłciowi, a samo połączenie kosmitów z Polską XXI wieku i protestancką Norwegią nie było chyba do końca trafione. Nie jest to to idealne połączenie, które zastosował choćby Grzędowicz doprowadzając do spotkania świata przyszłości i lotów kosmicznych z zapomnianą planetą, na której panuje cywilizacyjne "średniowiecze". Ciekawostki z epoki są oczywiste i mało zaskakujące, ponad to nie czuje się tej atmosfery, która jest przecież głównym atutem północnych ziem. Jak dotąd, zmarnowany potencjał, bo Norwegia jest wielkim polem dla kreatywności twórcy fantastyki, a tutaj mogłaby to być równie dobrze nadmorska wieś gdziekolwiek.

Książek Pilipiuka nie czyta się źle, jeżeli jest się cierpliwym i nie szuka się więcej poza czytadłem. Droga do Nidaros potwierdza tę tezę. Można bezboleśnie przebrnąć przez historyjkę, jest sporo akcji, która jednak niewiele znaczy dla całej fabuły. Pojawiają się nawet dwa chwilowo odrębne wątki, jednak ten drugi, niedotyczący już nauczyciela, jest jakby wepchnięty na siłę i widocznie przyda się autorowi w kolejnych częściach serii, ale w tej ma jedynie charakter zapowiedzi. Szkoda, bo wydawał się dużo bardziej sensowny, gdyby go pociągnąć. Nawet nie chcę go przywoływać, bo jest na tyle krótki, że streszczenie zdradziłoby już wszystko, co Pilipiuk w nim przedstawił. Być może to taki chwyt marketingowy - kup kolejny tom, a dowiesz się co dalej! Dowiesz się czy mi wyszło zrobić z tego interesujący wątek! Zgroza...

Ponarzekałam, myślę, że całkiem słusznie, ale być może faktycznie w kolejnych częściach cyklu pojawi się coś interesującego, jakieś historyczne wątki (nieco bardziej rozbudowane...), trochę więcej treści, a mniej rozwlekania. Mam jednak pewne obawy, że ilość tomów Oka jelenia ma ścisły związek z zaprzeczeniem tych nadziei. Póki co, poszukiwaczy niezobowiązujących czytadeł zachęcam, a zniechęcam tych, którzy liczą na coś więcej. 

wtorek, 3 lipca 2012

"Kłamca 4" Jakub Ćwiek

Tytuł: Kłamca 4 Kill 'Em All
Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: fabryka słów
Liczba stron: 373
Ocena: 4/10


Jakiś czas temu ujrzałam tę czerwoną "czwórkę" w księgarni i pomyślałam sobie, że może TYM razem warto. Może wszystkie niemiłe wrażenia po trzeciej części znikną przykryte powrotem do starego dobrego Lokiego, który bawił i wciągał, bo niczego innego po tej literaturze nie można oczekiwać. Może... Mój sceptycyzm doprowadził mnie do tego, że nie kupiłam, a wypożyczyłam tę książkę i cóż, nie mydląc oczu, ów sceptycyzm miał znowu rację - są inne książki warte około trzydziestu złotych, po których można nawet zmądrzeć, a przynajmniej pozostawią lepsze wrażenie.

Po tym źle nastawiającym wstępie, coś niecoś o fabule. Apokalipsa i nieświadomy jej Loki, który stara się niepotrzebnie zabić antychrysta otwierają nam okno na świat pełen śmierci i zniszczenia. Po prostu Teddy, zwany też Lucyferem, wprowadza w życie swój genialny plan sięgnięcia po władzę absolutną za pomocą Limbo. Po Ziemi wałęsają się zombie, ludzie starają się przeżyć organizując się pod skrzydłami aniołów, zaś archaniołowie ostatkiem sił usiłują podążać za czymś, co w założeniu ma być boskimi dyrektywami, ale jest tylko przeczuciem. Gdzie tu miejsce dla głównego bohatera? Ja też nie wiem, siedzi gdzieś na bocznym planie i dopiero pod koniec zaczyna być wprowadzany do znaczącej akcji...

Postać Lokiego jest bardzo dobrze wykreowana i pociąga za sobą czytelnika. Cóż z tego, jeśli za to pan Ćwiek zebrał już oklaski po pierwszym tomie jego przygód, zaś tendencja jakości była później spadkowa. Tak i tutaj, akcji jest sporo, są próby epickości i nierozłączne przenikanie popkultury do opowieści o bogach i aniołach. Jest też abstrakcyjny humor i w ogóle wykorzystanie absurdu jako środka na wszystko. Tyle, że niewiele z tego wynika, sama akcja nie pociąga za sobą w szczególny sposób, ot, coś się dzieje. Zanim główny bohater dochodzi faktycznie do głosu, mija sporo czasu, a do połowy książki jego przygody są tylko tłem. Brakuje tego polotu, lekkości opowiadania zabawnych historii o Kłamcy, które kiedyś zapewniały serii miejsce wśród dobrych rozrywkowych czytadeł.

Czwarta część jest już ostatnią i sądzę, że to naprawdę dobrze dla serii i samego autora. Zakończenie całej historii jest w miarę udane, co podnosi delikatnie ocenę książki. Druga połowa tego tomu daje niejaką nadzieję na to, że nie jest aż tak źle, zaczynają dziać się ciekawsze rzeczy i na scenę wchodzą sensowne pomysły. Stąd też ocena nie jest tak brutalna, a mogłaby być za zapewnienia, że będzie dużo lepiej niż w tomie trzecim, które nie  miały wiele wspólnego z prawdą. Potencjał pierwszych dwóch tomów został nieco zmarnowany, co nie oznacza, że nie można wrócić z upodobaniem do owych pozycji i podarować sobie dwie ostatnie, tudzież przeczytać je z ciekawości zakończenia. Polecam tylko w tym ostatnim przypadku i tylko osobom, które lekturę trzech poprzednich tomów mają już za sobą.


piątek, 24 lutego 2012

"Martwe Jezioro" - Marcin Mortka

Wydawnictwo: fabryka słów
Liczba stron: 306
Cena sugerowana:  28,60 zł
Ocena: 4/10


W świecie przedstawionym w powieści dzieje się wyjątkowo źle. Niegdyś szczęśliwe ludy natarła armia nowej zamorskiej rasy - Tuaisceartan, którzy przybyli rządzić nimi wszystkimi z pomocą Smoczycy. Gadzina oprócz zniszczenia zasiała też inną zarazę - na każdy lud z osobna rzuciła klątwę związaną ze specjalnymi talentami danej nacji. Po nieudanym powstaniu zwanym Burzą świat pełen jest smoczych kultystów a jedyna wolność zdaje się widnieć za Martwym Jeziorem, gdzie uciekły tajemnicze elfy i gdzie przekleństwa zmarłej już Smoczycy zdają się działać słabiej.

Naszym bohaterem jest Mads Voorten, bohater Burzy, który w tajemniczych celach wyrusza za Martwe Jezioro. Od początku pojawia się pierwszy minus książki - główny bohater ma bardzo irytującą osobowość. Jest niepokorny, w wielu sytuacjach zachowuje się głupio i nielogicznie (a ponoć jest doświadczony...), a jego postępowanie i traktowanie innych przywodzi na myśl wioskowego chama, a nie zaznajomionego z życiem pułkownika. Co kilka stron ma się wrażenie, jakby Mortka bardzo chciał, by Mads był bardzo fajny, "cool" i miał wyraźną osobowość. W rzeczywistości wyszedł przygłup, bez klasy, ale też bez wyjątkowego rysu. W rzeczywistości taki człowiek w wojsku nie przeżyłby dłużej niż dzień...

Mads napotyka na swojej drodze, oczywiście zrządzeniem losu, kilku innych towarzyszy - Malhorna, młodego niepokornego wojownika z Głuchoboru, któremu towarzyszy jako ochrona Veeilan, niemego Istvana przemawiającego przez ogromnego kruka oraz smoczą Strażniczkę, która porzuciła smoczy kult. Wszyscy mają wspólny cel podróży, co też okazało się przypadkowe, lecz kryją przed sobą powody wyprawy. I znowu kreacja bohaterów kuleje. Ich kłótnie wydają się nienaturalne, buta Malhorna zdecydowanie przerysowana, osobowość Strażniczki bardzo mdła i mało realistyczna, a Istvan to często jedynie cień wyprawy - wydaje się być tajemniczy, ale gdy zostaje odkryte kim jest, fajerwerków nie ma. 

Lwia część książki to opis ich wyprawy i nowych niebezpieczeństw, ale z tej strony również nie jest dobrze. Potyczki są opisane bardzo banalnie, dynamika niby jest, ale w czytaniu bardzo przeszkadzają nienaturalne zachowania drużyny - choćby komentarze i kłótnie Madsa z Malhornem. Problemem jest fakt, że takie potyczki i przygody, niezbyt pochłaniające uwagę, to prawie cała książka. Kolejną uwierającą sprawą jest niewyobrażalna wtórność. Styl pisania tchnie Ziemiańskim, a wiele pomysłów aż kole w oczy  Tolkienem, Grzędowiczem (kult kapłanów, którzy odmieniają stary porządek...)  i innymi sprawdzonymi motywami. Wydaje się być to tekst bardzo niesamodzielny, co przeszkadza przy czytaniu. Co chwile uruchamia się w głowie informacja "to już było!". 
 Sprawę ratuje kreacja świata. Pomysł z różnorodnymi nacjami o własnych talentach, obciążonymi przekleństwami, nadchodzący koniec starego porządku, elfy które kryły się za Jeziorem mając swój własny, ukryty plan... To wszystko też już było w różnych formach, ale podczas czytania interesowało i zachęcało do dalszego poznawania świata. Niestety, to w sumie wszystko, co mi się spodobało. 

Ocena jest bardzo niska z wyżej wymienionych powodów, choć uważam, że osoby nie czytające na co dzień fantastyki i lubiące książki cechujące się dużym natężeniem akcji mogłyby docenić pisarza. Wydaje się ponad to, że jest to pierwszy tom jakiejś serii, więc jeśli tylko lubicie literaturę pełną przygód i niewymagające motywy, możecie sięgnąć - język nie kole w oczy, historia też nie jest odstręczająca mimo wtórności. Ostatecznie może to być niezobowiązująca lektura na marcowy wieczór.

piątek, 27 stycznia 2012

"Bohun" Jacek Komuda



Wydawnictwo: fabryka słów
Liczba stron: 399 (razem z objaśnieniami około 100 stron)
Rok wydania: 2011
Ocena: 6/10
Cena sugerowana: 35,90zł


Wszyscy uczyliśmy się na historii o powstaniu Chmielnickiego i pochodnych jemu wydarzeniach. Pewnie wszyscy słyszeliśmy też o kozakach zaporoskich. Pan Komuda to tylko dla nas opisał, ubrał w garnitur przeznaczenia, delikatnej magii i fabuły. Jestem wielbicielką tego tematu i mroczna krwawa historia o losach Polski i kozaków bardzo mnie zainteresowała.

Jesteśmy wrzuceni na początku historii w dość dziwne miejsce patrząc na tytuł - zaczynamy od śmierci pułkownika Bohuna. Iwan Bohun, straszliwy wódz kozacki, przedśmiertnie wzywa Tarasa, któremu chciał ofiarować swój testament. Tarasa nie ma, bo jak mówią jego ludzie "wszak wasza mość go wypędził...".

Od czasu straszliwej bitwy z wojskiem polskim Tarasa, kozaczka z Zaporoża, nachodzą widzenia. Przed oczami wciąż stoi mu obraz martwych porozrzucanych ciał. Zarzynany przez jego pobratymców ksiądz zauważywszy dar kozaka, mówi Tarasowi, że to on ma zaprowadzić pokój na Ukrainie - inaczej kraj przepadnie. Wręcza Tarasowi magiczną bandurę, której dźwięk odwodzi wrogów od bitwy i złości.

Pierwsze co rzuca się w oczy to charakterystyczny język zarówno kozaków jak i polskiej szlachty. W książce przewija się też mnóstwo nazw broni, strojów i innych przedmiotów związanych z tamtym okresem. To narzuca śmiałe skojarzenia z Sienkiewiczem, który przecież jest ostoją tego tematu w polskiej literaturze. Jego śladem, Komuda poza charakterystycznym nazewnictwem i językiem, który w jego wydaniu jest dużo bardziej dosadny, tak jak poprzednik śmiało uwypukla wady i zalety polskiej szlachty oraz kozactwa, wystawiając ich na nasze pośmiewisko. Wesołe sceny przekomarzania się kozackiej braci i szlacheckiego pijaństwa przeplatają się z dużo cięższymi, do bólu obrazowymi scenami mordu i okrucieństwa. Przyznam, że Komuda nie jest dla delikatnych. Jesteśmy świadkami nabijania na pal, plucia krwią i rzężenia umierającego - malowniczych opisów nie brakuje. To jakby Sienkiewicz, cięższy w słownictwie, krótszy i łatwiejszy do przełknięcia dla opornych.

Śmiem jednak podważyć słuszność tytułu. Sięgając po tę pozycję liczyłam na mroczny wątek związany bezpośrednio ze sławnym Bohunem. Tym czasem nacisk jest bardziej położony na historię, na polityczną intrygę i tak naprawdę równie dobrze książka mogłaby być zatytułowana "Dantez" albo "Marek Sobieski". Trochę szkoda, patrząc na położenie książki w dziale fantastyki i fascynującą postać Bohuna. Zakończenie również pozostawia spory niedosyt. Pewnym zadośćuczynieniem jest spore miejsce zarezerwowane dla objaśnień wszystkich terminów i historycznego nakreślenia całej sytuacji, dzięki któremu wiemy co było prawdą, a co tylko dywagacjami rozmarzonego historyka.

Ostateczna ocena jest niewysoka. Winą tego jest zakończenie, odbieganie od tematu Bohuna do wątku pobocznego i ogólne wrażenie jakie pozostawia książka. Mimo świetnego języka i wyjątkowych postaci z krwi i kości, ma się wrażenie jakby książka była niedokończona i zdecydowanie za krótka. Szkoda, bo temat daje wielkie pole do popisu. Być może ten popis miał miejsce w innych częściach serii dotyczącej braci kozaków, ponieważ to nie jedyne wydanie spod pióra pana Komudy dotyczące polsko-zaporoskich zmagań. Polecam głównie sympatykom tematyki i historii.

czwartek, 29 grudnia 2011

Achaja tom 2 - Andrzej Ziemiański

Achaja, była księżniczka Troy, a do niedawna luańska prostytutka i niewolnica cesarstwa ratuje życie Siriusa, który wraz ze skrybą Zaanem trzęsie polityką i dziejami całego kontynentu. Zostaje z nimi zabrana do wolnego królestwa Arkach, które walczy o swoje przetrwanie na politycznej mapie obok wielkiego hegemona - cesarstwa Luan. Bieg wydarzeń wciąga nastoletnią Achaję do wojska Arkach, złożonego z samych kobiet...ubranych w kuse stroje, twardych i zawziętych wojowniczek. Tym czasem Sirius i Zaan poruszają trybikami mechanizmu swojego wielkiego oszustwa, próbując fortelem oszukać cały świat i rozpocząć wojnę jakiej świat nie widział.

W tym samym czasie mag Meredith zamieniony już przez posłańca złych sił, Wirusa, w odradzającego się przez wieki demona próbuje zgłębić tajemnicę złych Ziemców i odgadnąć, czego oczekuje od niego bóg z panteonu dobrych, który objawił mu się kilka lat temu. Mężczyzna podróżuje po linii czasu, odkrywając fatalną wizję przyszłości.

Andrzej Ziemiański pozwala nam poznać się ze swoimi bohaterami naprawdę blisko. W wojsku Arkach spotykamy wiele dziewczyn, które opisane w wyrazisty sposób, sprawiają że zaczynamy je naprawdę lubić i interesować się ich losem. Równie mocno podkreślony jest charakter Achai, która budzi sympatię od pierwszych stron kolejnego tomu swojej historii. Nie sposób nie zarzucić tutaj autorowi bardzo prostego języka, ale wypada to zdecydowanie na korzyść dla lektury. Drugi tom Achai pochłania się niezwykle szybko, dzięki łatwym opisom i prostym, ale przyjemnym dialogom. Jesteśmy prowadzeni przez trzy różne wątki, a mimo tego nie da się tu zagubić ani pomieszać historii. Sympatia do bohaterów również ułatwia podróżowanie przez kolejne strony, co jest zresztą podróżą bardzo przyjemną.

Tym właśnie jest Achaja, blisko sześćset stronicową dozą niewymagającej przyjemności i fantastycznej powieści przygodowej. Bohaterowie mówią prostym językiem, świat jest logicznie ułożony i opisany, a same opisy na tyle dobrze poprowadzone, że nietrudno zrozumieć nawet przedstawione polityczne problemy, czy ruchy i formacje wojsk. Akcja powieści również pędzi i nie ma żadnych zastojów. Jedynym zwolnieniem jest wątek Mereditha, choć tego w tym tomie jest dużo mniej, niż w części pierwszej.  Ogólnie rzecz ujmując, tom drugi jest dużo lżejszy tematycznie i szybciej się czyta od poprzednika. Wówczas mieliśmy do czynienia z ciężkimi przeżyciami głównej bohaterki i ważeniem się losów Siriusa i Zaana oraz Mereditha. Tutaj jest już dużo łagodniej, chociaż tego nie można odmówić autorowi - cały czas coś się dzieje i nie sposób się znudzić.

Tym, czym można się zawieść sięgając po Achaję to właśnie przenikająca zewsząd prostota. Jeśli czytelnik oczekuje mrocznego i na poły filozoficznego fantasy w kategoriach Wiedźmina lub dojrzałego tekstu w stylu Roberta M. Wegnera, może się zdecydowanie zawieść. Achaja to nie świat pełen rozmaitych ras, skomplikowanych stosunków międzyludzkich i politycznych oraz strasznych bitew. Jest to lektura dużo bardziej beztroska, łatwa, ale też warto pamiętać, że w tym przypadku czytanie sprawia naprawdę sporą przyjemność.
Niestety, ta część nie jest pomyślana o osobach, które nie poznały części pierwszej. Pojawia się wiele nawiązań i kontekstów do pierwszego tomu, ale dla osoby nie znającej go byłyby one zupełnie niejasne i czytelnik stracił by bardzo wiele na irytowanie się z powodu niezrozumienia wątku.

Wydanie Fabryki słów jest bardzo ładne. Wiadomo, że nie jest to papier górnych lotów, ale dzięki temu nie ma przesady z ceną. 39.90 za ponad sześćset stron rozrywki i wartkiej akcji to nie jest wygórowana cena. Tym bardziej, że sama okładka prezentuje się ładnie i jest ozdobiona czymś w rodzaju silikonu. Na plus są też rysunki, które pojawiają się stosunkowo często i są po prostu ładne.

Zdecydowanie polecam drugi tom Achai osobom, które miały okazję zapoznać się z pierwszą częścią przygód młodej księżniczki i wojowniczki zarazem. Sądzę, że każdy zżyłby się z Achają oraz jej przyjaciółmi, oraz kibicował którejś ze stron - obok tych wydarzeń nie da się być obojętnym. Życzę miłej lektury osobom, które sięgną!

piątek, 23 września 2011

"Dziennik Norweski" Andrzej Pilipiuk

Dawno mnie tu nie było.

Wstyd się przyznać, ale Dzienniki były moim pierwszym zetknięciem z autorem. Ktoś może powie, że to źle, ale ja nie mam zastrzeżeń odnośnie tej pierwszej randki z tak poczytnym przecież pisarzem. No może - prawie ich nie mam.

Zacznijmy od tego że do Dzienników należy podejść z dystansem. Autor umieścił informacje, że powstawały one w czasie jego dzieciństwa i były dla niego autoterapią. Nie możemy więc rozpatrywać tego w kategorii zachwycania czytelnika. Nie mniej jednak pan Andrzej książkę wydał, znakiem tego wiedział co robi. Przygodę zaczynamy więc w komunistycznej Polsce w roku 1984 w szkolnej ławce, gdzie rzeczywistość jest prawdziwie nieciekawa. Nagle jednak kilkunastoletniego Pawła, który za kilkanaście stron okazuje się być Tomaszem, wir wydarzeń wciąga wprost do Norwegii. Paweł został znaleziony po ciężkim wypadku w górach na granicy wschodniej. Powinien nie żyć, ponieważ część jego mózgu uległa zniszczeniu, lecz jego komórki nerwowe zregenerowały się, kosztem utraty części pamięci. Tak główny bohater trafił do domu dziecka z którego wybawiają go ludzie, którzy wiedzą o nim wszystko sprzed wypadku i podają mu jego prawdziwe imię, wręczając przy okazji plik fałszywych dokumentów umożliwiających wydostanie się za żelazną kurtynę. Tak zaczyna się historia.

Opiszę od razu całą trylogię, gdyż między tomami nie ma wielkich zmian. Zawierają one mniejsze i większe przygody Tomasza, jego drogę w celu odzyskania pamięci i rozszyfrowania swoich rzekomych dobroczyńców. Wszystko dzieje się na tle remontu rozpadającego się domku nad morzem w norweskim lesie. Tu pojawia się jeden z mankamentów - nie wiem czy pan Pilipiuk chodził za młodu na tzw. fuchy i zostało mu zamiłowanie do zajęcia, ale opisy samego remontu wydają mi się zbyt szczegółowe i zajmują naprawdę lwią część tekstu. Można to spokojnie potraktować jako poradnik dla samouka odnośnie remontowania zniszczonych powierzchni płaskich. Co dziwne, nie przeszkadza to tak bardzo w lekturze. Mimo nie zawsze wartkiej akcji, powieść bardzo wciąga i czyta się wspaniale. To jak powrót do młodości, kiedy czytało się Szatana z siódmej klasy. Tylko z dużo poważniejszym wątkiem kryminalnym, paranormalnymi zjawiskami i smaczkami komunistycznych realiów. Przyznam się, że mimo tego iż pierwsze dwa tomy to stopniowe opisywanie poszczególnych przygód Tomka i nic poza tym, każdy tom czytałam wyjątkowo szybko i było to przyjemne zajęcie.
Cała przygoda zostaje zwieńczona ostatnim tomem, który jest naprawdę niezwykłą lekturą. Nie chcę jednak nikomu psuć wrażeń związanych z odkrywaniem rozmaitych wątków, wspomnę tylko, że historia zdecydowanie ożywia się, wszystko zostaje wyjaśnione, a sama opowieść nabiera nieco poważniejszych barw niż poprzednie części i zamienia się w...thriller?
Ostatecznie, to sprawne połączenie science fiction z historią i przygodą. Nie ma wielu zgrzytów, natomiast pozostaje miłe wrażenie, że przeczytało się lekturę taką jak kiedyś, jak w podstawówce. Nie chodzi o dziecinny poziom, ale o dobór bohatera, który jest nastolatkiem, a nie supermanem z dwurakiem w ręku. Całość dopełniona jest przyjemną dozą humoru pana Pilipiuka i smaczkami, jak np. wnuczkiem Jakuba Wędrowycza. Polecam każdemu, kto nie upiera się na konwencjonalną fantastykę (konfesjonalną, jak to by powiedział Yarpen) i ma ochotę wciągnąć się w podróż do przeszłości.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

"Żarna niebios" M.L. Kossakowska

Przyjemnie było wrócić do świata Daimona, Razjela, Gabriela, a także innych osobników z Otchłani, Limbo i Królestwa. Przyjemnie, bo lektura była łatwa i przyjemna właśnie. Postacie Kossakowskiej są z jednej strony wyraźne, ale z drugiej - pisarka w żadną z nich się nie zagłębia podczas opowiadań. Mają kolorowe charaktery, właściwie cali są kolorowi. I można z nimi trochę pochodzić, nagle ludzie trafiają między aniołów, demony między ludzi, Jasność odchodzi. Jednego mi brakowało w tej, całkiem miłej książeczce. Wciągających, bardziej poruszających opowieści. Fakt, były na tyle wciągające aby przeczytać je od wczorajszego wieczora do teraz, ale właściwie losy bohaterów były mi obojętne. To już nie był pełen charyzmy Daimon Frey wtrącający ironiczne uwagi, niezależny, zaplątany we własne wewnętrzne wojny i wojny świata. Nie był to nawet Pan Tajemnic zaplątany w czarnomagiczne rytuały. Zamiast tego owszem, fajne postacie, ale nie interesowało mnie w gruncie rzeczy, co będzie dalej. Niedawno pisałam o opowiadaniach Wegnera, po których marzyłam o tym, żeby autor dopisał kolejne części opowieści. Natomiast tutaj marzę, owszem, żeby powstały kolejne - ale tylko i wyłącznie kontynuujące przygody Freya ze Zbieracza burz II. Poza tym nie lubię przesady. Na przykład komandos chwyta ciało wroga i rozrywa je na pół. Nie ważne, że to anioł, ważniejsze, że to nie zabrzmiało w kontekście mrocznie, ale groteskowo, nie pasowała mi "wielce masakryczna rzeź", poczułam się jak na końcu komedii Moliera, gdzie nagle cudowne okoliczności sprawiają, że znowu jest miło i przyjemnie. Mimo to nie mogę za bardzo narzekać, bo jednak książki Kossakowskiej traktuję jako bardzo rozrywkową przygodę mającą dawać samą przyjemność z poznawania przygody, a nie z różnorakich smaczków. Pod tym względem Żarna niebios ustępują kolejnym częściom o dziejach bohaterów Królestwa i Głębi, ale również stanowią miłą formę spędzania czasu na niezobowiązujących opowiastkach o aniołach i demonach. Po przeczytaniu przyszła mi jednak do głowy taka myśl, że te wszystkie opowieści to wielka, krwawa rzeź przenikająca mrokiem, w której jednak nikt nie brudzi sobie rąk, warunki są sterylne, a po wszystkim mamy szczęśliwe zakończenie.
Marudziłam marudziłam, ale ostatecznie powiem - podobało mi się całkiem i warto przeczytać. Tym bardziej jeśli ktoś z tą panią nie miał styczności. Bo znając już dzieje żołnierza Drago, znając Hazara, Saturnina, bardzo miło odnajduje się starych kumpli w kolejnych częściach. Oprócz tego, to zwyczajnie dobrze czytająca się książka, napisana tak, żeby nikt nie zasypiał, bo akcja jest wszędzie i wkrada się w każdą kartkę barwnych opowieści. Żałuję, że nie mogłam nawiązać większej więzi z bohaterami, ale to moje indywidualne widzimisię.

Z innej beczki, próbowałam dziś wejść w życie portalu podaj.net  Byłam nastawiona dość pozytywnie. Może wytłumaczę z grubsza o co chodzi - rejestrujemy się na portalu i jeżeli mamy jakieś gry, książki, filmy, które gotowi jesteśmy komuś oddać, dodajemy je do naszych zasobów i przeróżni ludzie mogą je sobie po prostu zamówić. Taki oto prezent wysyłamy pocztą ponosząc koszty przesyłki, w zamian otrzymując pewną sumkę punktów, za które my również możemy oczekiwać od dowolnej osoby jakiejś miłej pozycji z półki gier, książek itd. Ja dodałam do swojego profilu bardzo dużo starych, nieczytanych przeze mnie książek - całą serię Ani z Zielonego Wzgórza którą dostałam w dzieciństwie, jakąś serię o Emilce (nigdy tego nie przeczytałam), parę polskich lektur z podstawówki no i całą trylogię Dziedzictwa Paoliniego. Byłam szczerze przekonana, że zainteresowanie może zyskać tylko ostatnia pozycja. No i niespodzianka - po 20 minutach miałam 14 chętnych na różne moje pozycje, które wg. mnie wiały nudą na kilometr. Koszty przesyłki urosły do przesady, ale nie przejęłam się - odbiję sobie na prezentach. Do czasu. Zasoby książek fantastycznych były jak na mój gust mierne. Nie znalazłam tam żadnej pozycji, którą uważałabym za wartą wydawania tylu pieniędzy na rozmaite przesyłki. W końcu zrezygnowałam i wykasowałam konto, interes się nie udał. A szkoda, choć zafascynowało mnie zainteresowanie starą klasyką dziecięcą, jak Emilki, Anie, Mikołajki...a jednak :)

poniedziałek, 13 czerwca 2011

"Achaja"

uff, dzień zaczął się niepozornie, nagle nastąpiło miłe przyjście paczki z Glasgow, ale potem już mniej miło - okazało się że nie wiadomo, co z moją książeczką zdrowia, która jakby było mało, jest mi teraz na gwałt potrzebna a nigdzie jej nie ma, mimo że już dwie osoby, w tym ja, przeszukiwały skrupulatnie mój pokój.

W każdym razie, zanim wyszedł na jaw ten feralny zbieg okoliczności zanikania rzeczy wtedy, kiedy są potrzebne najbardziej, skończyłam czytać pierwszy tom "Achai". I przyznam, że wściekła jestem na Ziemiańskiego, bo wcale nie mam ochoty wydawać pieniędzy na kolejny tom, a aż mierzi mnie w środku, żeby wiedzieć, co dalej. Moje zdanie o książce? Świetna, bardzo przyjemna, relaksująca, dobrze napisana opowieść. Może to dziwne, że historia przeplatana gwałtami, niewolnictwem, niesprawiedliwością, żądzą władzy, może być relaksująca i przyjemna, ale każdy historyk powie przecież, że to co nas interesuje najbardziej, to nieszczęścia, wojny i sekretne zabójstwa, a kiedy słyszymy o czasach dobrobytu, pokoju i wspaniałej gospodarki i dyplomacji - umieramy z nudów. Tak więc uważam Ziemiańskiego za świadomie i sprawnie posługującego się słowem. Brakowało mi takiego twórcy w polskich szeregach od czasu Piekary (o ASie nie piszę, bo AS jest ponad wszystkimi :).Wywołał u mnie i uśmiech, i śmiech, i współczucie, i obrzydzenie. Uwielbiam światy, które nie są pokolorowane na różowo, a Ziemiański uniknął takiego nieciekawego zabarwienia. Nie ma wielkich, wzniosłych pierdół. Może zdarzy się raz czy dwa, że jest nieprawdopodobnie, ale to takie niezbędne minimum :) Ujął mnie losami młodej Achai, która nieprawdopodobnie zmienia się na przestrzeni książki, ujął mnie też bardzo ukazaniem wielkich pragnień człowieka, który chce żyć wiecznie w sercach ludzi, na kartach historii. Nic nowego, bo ciągnie ze starożytności jak cholera, ale...czy to źle? Większość jednak pisze o niczym, na podstawie niczego, lepiej więc mieć takie a nie inne wzorce. Była to moja pierwsza przygoda z Ziemiańskim i myślę, że w tym roku na pewno zamierzam dokończyć trylogię, ale też obejrzeć się za innymi dziełami, jeśli do trzeciej części Achai pan Z. będzie trzymał poziom :)