piątek, 8 czerwca 2012

"Grombelardzka legenda tom II" Feliks W. Kres

Tytuł: "Grombelardzka legenda" Tom II
Autor: Feliks W. Kres
Cena na okładce: 29,99zł
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 364
Ocena: 8/10

Grombelard to kraj nagich skał i nieskończonego deszczu. To kraj stalowych ludzi, rozbójników przemierzających nieprzystępne góry. To kraina porzucona przez Szerń, gdzie po dziś dzień echa dawnej magii burzą spokój tych, którzy próbują zapuszczać się na dawno zapomniane szlaki. Góry Grombelardu zrodziły legendę o niezwykłej kobiecie, Łowczyni o imieniu Karenira, której historia będzie wiecznie żywa. Pamięć ludzka nie pominęła też towarzyszy jej...niedoli. Kotów gadba, mędrców, prostych żołnierzy i wielkich rozbójników, morderców, księżniczek. Ale jak doszło do tego, że zwykła kobieta z Armektu stała się symbolem wytrwałości, znakiem rozpoznawalnym dla każdego Grombelardczyka? O tym właśnie opowiada drugi tom tej legendy.

Zaskoczenie numer jeden - Karenira nie jest już naszą bohaterką do ostatnich stron i Kres oddaje głos zupełnie nowym postaciom, zmieniając jednocześnie wydźwięk i atmosferę całości. Świat nie zmienił się od poprzedniego tomu pod względem kreacji, zasady cały czas są te same i tak samo sprawdzone. Na swój sposób nietypowe rozwiązania, które odcinają Kresa zdecydowanie od masy innych twórców, powracają ze zdwojoną siłą. Pierwszy tom rozpoczynał historię Kareniry, przedstawiał kilka jej mniej lub bardziej mrocznych przygód. W tej odsłonie mrocznie i nieprzyjemnie jest cały czas, a klimat wilgotnych, zatopionych w szarości gór nieustannie podąża za czytelnikiem. Zaskoczeniem numer dwa są zabiegi pisarza, ale musiałby być to zbyt bolesny spoiler, by zatapiać się w tym temacie. Dość powiedzieć, że w połowie książki przychodzi czytającemu wciągnąć powietrze ze świstem i wytrzeszczyć oczy "to naprawdę się stało?"

Mogę sobie też trochę ponarzekać, co nie zmieniło się od poprzedniego tomu. Bohaterka jak zwykle jest średnio inteligentna i tym samym irytująca, dlatego wyprowadzenie jej z pierwszego planu w niektórych opowiadaniach jest naprawdę zbawienne. Właściwie nie wiem, co autor ma do kobiet, bo większość z nich w tej powieści nie grzeszy jakąkolwiek myślą (chociaż nie ogranicza się to jedynie do płci pięknej), ale istnieje też przeciwwaga tych mało mądrych pań. Reprezentacja postaci myślących jest co prawda niewielka, ale warto zaznaczyć jej istnienie. Poza tym to w dalszym ciągu niezła książka, o intrygującej atmosferze, z dobrym pomysłem i łatwa do przeczytania. W tej części nietrudno o zaskoczenie i bardzo szybko pochłania się te blisko czterysta stron przygód Kareniry i reszty zgrai. 

Znajomość pierwszego tomu - obowiązkowa, co jednak nie powinno przysparzać problemu, gdyż są sprzedawane razem. Poza tym pominięcie wstępu, to robienie sobie krzywdy - tomy tworzą integralną, dobrze zgraną całość i można potraktować je jako jedność. To było moje pierwsze spotkanie z panem Kresem, i po tym tomie stwierdzam - zupełnie nie żałuję, a nawet jestem skłonna poszukiwać innych dzieł pana. Jest to przyjemna fantastyka, być może nie najwyższej próby...ale na pewno nie banalna i nie jest kolejną wersją tego, co ostatnio serwuje się na empikowych półkach. Polecam!

wtorek, 29 maja 2012

"Niezgodna" Veronica Roth

Ocena: 7/10
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 352
Cena: 37,80zł
 Źródło: portal Gildia.pl




Dojrzewanie to trudny okres kształtowania młodej osoby. Człowiek buduje sobie kręgosłup moralny, zaczyna dokonywać świadomych wyborów i decydować o swojej osobowości. W Chicago podzielonym na pięć frakcji – Serdeczność, Altruizm, Nieustraszoność, Prawość i Erudycję, wybór dorastającego człowieka jest pozorny i podlega wzorcowi. Z pięciu ścieżek szesnastoletni mieszkaniec miasta może wkroczyć na jedną, by podporządkować resztę swojego życia zasadom frakcji, która staje się jego domem. To ograniczenie wolności i wtłoczenie całego społeczeństwa w pozornie nieomylny system ma zapobiec konfliktom, które doprowadziły świat do ruiny. Pytanie, czy te umysłowe kajdanki faktycznie prowadzą do wymarzonej wizji pokoju?

Beatrice Prior jest wychowanką Altruistów i do szesnastego roku życia musi wyrzekać się przyjemności i własnych poglądów. Pod okiem nieustępliwych rodziców dopasowuje się mimowolnie do wzorca frakcji, czekając na dzień, kiedy to ona będzie mogła dokonać wyboru. Podczas testów mających określić przynależność, Beatrice dowiaduje się czegoś, czego nie rozumie – jest Niezgodna, nie pasuje do ustalonych wytycznych kwalifikujących jej osobowość. Gdy nadchodzi czas wyboru, zdezorientowana dziewczyna upuszcza kilka kropel krwi na rozpalone węgle – znak Nieustraszonych. Ta decyzja odcina ją od rodziny i zawodzi jej ukochanego ojca, zdeklarowanego Altruistę. Przychodzi czas na morderczy nowicjat, naukę rywalizacji i pierwsze samodzielne kroki.  Od chwili wyboru dziewczyna przybiera imię Tris, by poczuć się nowo narodzona jako młoda kobieta walcząca z własną niezgodnością – niedopasowaniem do znanego sobie świata.

Jako pierwsza podczas lektury „Niezgodnej” rzuca się w oczy narracja prowadzona przez młodą, niedoświadczoną dziewczynę. Sposób jej opowiadania jest podobny do toku myśli, składa się z niezbyt rozbudowanych zdań. Sprawia to, że tekst jest bardzo dynamiczny, ale jednocześnie prosty, co można sobie poczytać za wadę. Charakter głównej bohaterki przedstawia się iście kryształowo – Tris jest dobra, niezależna, ma w sobie nieco altruizmu ale też i asertywności, jako że jest Niezgodna. Jej wyjątkowa emocjonalność nadaje barw ponurej rzeczywistości otoczenia. Dziewczyna chwieje się pomiędzy brutalnością chwaloną przez Nieustraszonych, a swoim własnym dobrym sercem nastawionym przez tyle lat na empatię. Szkoda tylko, że bohaterce Roth zabrakło w tym wszystkim nieco bystrości i przenikliwości – Tris zdaje się czasem myśleć wyjątkowo nielogicznie, jej wnioski są powierzchowne i nieuzasadnione, co nie zawsze da się wyjaśnić infantylnością postaci.

Chicago zaczyna powoli przypominać tykającą bombę, gdy zgoda między frakcjami zostaje załamana. Jest to bazą dla fabuły, która ma rozciągnąć się na trzy tomy. Polityczne niesnaski dotyczą też głównej bohaterki, która tkwi między młotem a kowadłem w walce pomiędzy frakcją swoich rodziców, a Erudytami łakomymi na władzę sprawowaną przez Altruistów. Razem z Tris można obejrzeć walący się w posadach sztuczny porządek utworzony przez nienaturalny podział daleki od prawdziwych instynktów człowieka. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że pisarka potraktowała tę część powieści nieco powierzchownie, a elementy świata służą często jedynie jako dopełnienie stanów emocjonalnych dorastającej Niezgodnej Tris. Nawet brutalność czy hierarchia we frakcji Nieustraszonych, którym poświęcona jest większość książki, wydają się być mało realistyczne i potraktowane trochę po macoszemu. Pewnym drobnym minusem są też osobowości samych bohaterów drugoplanowych – schematyczne i czarno-białe, co pozwala na łatwe przewidywanie wydarzeń w książce. Brakuje niejednoznaczności charakteryzującej prawdziwy świat, której kosztem autorka łatwo wartościuje wszystko w swojej powieści.

Pisząc swoją książkę Veronica Roth nie uniknęła schematów, z których chętnie korzysta dziś wielu młodych pisarzy: od zera do bohatera i nieskomplikowanych mechanizmów rządzących fabułą, bohaterami i światem przedstawionym. Jednocześnie pojawia się to, co w podobnych tekstach zastępuje kunsztowną formę – emocje płynące z kartek, ludzki pierwiastek sprawiający, że przeżywa się wszystko razem z bohaterką, która stara się przetrwać i zrozumieć otaczającą ją rzeczywistość. Wartka akcja wciąga w dystopijną wizję autorki zapewniając dobrych kilka godzin rozrywki z książką. Fani niezobowiązujących lektur z futurystycznym akcentem nie powinni być zawiedzeni.


czwartek, 10 maja 2012

"Upadek" Richard Lee Byers

Ocena: 4/10
Cena sugerowana: 27,90zł
Wydawnictwo: ISA
Tytuł oryginału: Dissolution
Liczba stron: 410

Przyszło mi powitać Was w świecie, w którym lojalność, miłość, wierność, stałość to przywary i oznaki wyjątkowej słabości, godne pożałowania i nie warte splunięcia. Menzoberranzan to miasto w krainie Podmroku zamieszkiwane od stuleci przez mroczne elfy zwane drowami, lud wybrany pajęczej królowej Lloth. Drowy życie spędzają na intrygach, nieustannej serii zabójstw z przyjemności lub w walce o władzę i pozycję. Ich zamiłowanie do tortur, okrucieństwa i wszelkich przejawów chaosu jest znane w całych Zapomnianych Krainach. Społeczność drowów od zawsze skupia się wokół matriarchatu. Mężczyźni to niższa kasta, podległa wszystkim kobietom i kapłankom pajęczej bogini. Jeszcze niżej w hierarchii stoją wszystkie inne rasy, które służą jedynie jako niewolnicy, traktowani przedmiotowo i z wyjątkowym okrucieństwem. W tym właśnie urokliwym miejscu wydarzyła się katastrofa zagrażająca władzy kobiet i domu Baenre - Lloth odebrała moc swoim kapłankom i porzuciła Menzoberranzan. 

W tych okolicznościach Gromph, arcymag wieży Sorcere, postanowił zamordować swoją siostrę, najwyższą kapłankę Quenthel i na własną rękę dowiedzieć się, co takiego spowodowało odejście bogini.
W ostatnim czasie z domów zaczęli uciekać mężczyźni, prawdopodobnie by stworzyć jakąś organizację przeciw ustalonemu porządkowi, wyczuwając niemoc kapłanek. W końcu przydarza się się jedna okazja na sto, żeby pozbyć się kobiecej dominacji. Gromph posyła  dwójkę uzdolnionych mistrzów - Pharauna i Rylda Argitha by wytropili uciekinierów. Z nimi spędzimy większość czasu podczas lektury, przemierzając nieprzyjazne ulice mrocznego miasta i śledząc spisek.

Już od pierwszych stron atakuje nas prolog starego dobrego Salvatore'a, który w tym przypadku opowieści z Forgotten Realms ograniczył się jedynie do rekomendacji kolegi po fachu i właśnie tego krótkiego wstępu. Dalej pióro przechodzi już w ręce pana Lee Byersa i nie jestem przekonana co do tego, czy to dobre posunięcie. Powieści osadzone w FR nie są chwalone, ponieważ opierają się na ścisłych ramach świata i są dość schematyczne. W tej schematyczności moim skromnym zdaniem pan Byers prześcignął trochę swojego kolegę - Salvatore'a, autora Legendy Drizzta. Opis drowów jest tak mroczny, że przechodzi czasem już w kiepskie próby wykreowania najstraszniejszego z najstraszniejszych gatunków. Podobnie ma się sprawa z opisami magii elfów. Czary, którymi posługują się ponure drowy, są trochę przerysowane i pachną tekstami w stylu "Mag 5 levelu właśnie cisnął fireballa". Na szczęście przedstawianie rasy kończy się dość szybko i potem można ją poznać tak, jak powinno być od początku, czyli przez obserwację zachowania bohaterów. Tu już jest lepiej,  ponieważ pisarz nie zniszczył konwencji i drowy są tym, czym być powinny - okrutnymi, nieprzewidywalnymi istotami z Podmroku. Niestety autor środek ciężkości przerzucił nie na ciekawą naturę mrocznych elfów, ale na nieustanną akcję. Co parę stron latają sztylety, płynie krew i pojawiają się podbramkowe sytuacje. Po dwustu stronach taki stan rzeczy staje się męczący, ponieważ starcia  są przewidywalne. Wszystkie opierają się mniej więcej na schemacie, w którym pod sam koniec jakieś cudowne wydarzenie przechyla szalę zwycięstwa na stronę bohatera. Niezbyt to zajmujące.

Sama fabuła nie porusza pomysłowością. Historia nie ma żadnego punktu, który mógłby podnieść ciśnienie albo żywo zainteresować. Wynika to częściowo z natury mieszkańców Menzoberranzan - wszyscy mają podobną, więc tak naprawdę nie ma żadnej postaci, z którą można by było sympatyzować i trzymać kciuki. Tutaj można mieć pretensje do pisarza, bo o ile okrucieństwo i skrajny egoizm są wspólną cechą drowów, to istnieją też inne cechy osobowości, które mogłyby wyróżniać bohaterów. W dodatku autor rozdrobnił się na parę wątków: opisuje misję Pharauna i Rylda, walki Quenthel z demonami nasłanymi przez brata i krótką przygodę mało ważnej elfki Faeryl. Ta ostatnia została wprowadzona najwidoczniej po to, by było o czym pisać w drugiej części, bowiem jej historia nie wprowadza niczego do fabuły i jest zupełnie zbędna. Brakuje też elementów zaskoczenia. Praktycznie od początku Byers jak kawa na ławę zasugerował oczywiste odpowiedzi ustami swoich bohaterów i tylko drobne niejasności każą przeczytać następne strony powieści.

To co uznaję za plus, to niestety głównie samo uniwersum i wybranie rasy mrocznych elfów na bohaterów tekstu. Stawia to jednak powieść jako pozycję odpowiednią głównie dla sympatyków gier RPG i Forgotten Realms. Drowy nie są sympatycznymi, tradycyjnymi bohaterami, do których losów moglibyśmy się uśmiechać i sprzyjać. Daje to trochę odpoczynku od szlachetności i generalnie od ludzkich lub nadludzkich odruchów bohaterów klasycznego fantasy. Jest to książka, w której częściej można się krzywić aniżeli przeżywać razem z postaciami. Niestety, pretekstów do krzywienia się jest trochę więcej, niż ogólne zepsucie mrocznych elfów. Myślę, że pozycja może się spodobać wielbicielom dużej ilości akcji w książkach oraz czegoś mniej konwencjonalnego od tradycyjnego szlachetnego bohatera walczącego ze złem.

czwartek, 26 kwietnia 2012

"Amerykańscy bogowie" Neil Gaiman

Tytuł: Amerykańscy bogowie
Autor: Neil Gaiman
Liczba stron 600
Wydawnictwo: MAG
Cena: 35zł
Ocena: 8/10

Witajcie w świecie, który porzuca wszelkie zasady prawdopodobieństwa - Neil Gaiman zaprasza. Wrzuca w uniwersum wypełnione brutalnością, bolesną wręcz dosłownością i post-modernistycznymi obrazami. Antyfundamentalizm dookoła, racjonalne myślenie schowane głęboko w kieszeń i można już ruszać na spotkanie przygodzie, którą gotuje dla nas pisarz. Ta przygoda to coś zupełnie niezwykłego, ale też...niesmacznego? Tak, właściwie można powiedzieć, że Gaiman nie pisze dla ludzi delikatnych. Podróż zaczynamy w więzieniu, gdzie swój wyrok odsiaduje niejaki Cień. Zbrodnia nie była wielka, chodziło o pieniądze i pobicie paru gości, nic wielkiego. Cień jest wzorowym więźniem i zamiast sześciu lat, siedzi tylko trzy. Postanowił przeczekać czas, po którym wróci do swojej cudownej żony Laury, pracy na siłowni u kumpla i normalnego życia. Cień już wie, że nie zaprzepaści tej szansy na normalność i święty spokój. Będzie doskonałym obywatelem. W przeddzień wyjścia podchodzi do niego ktoś i mówi "nadchodzi burza". Od tej pory Cień już wie, że nic nie będzie ani normalne, ani bezpieczne. 

Żona Cienia umarła w dniu jego wyjścia z więzienia obciągając jego kumplowi w samochodzie. Zmarli oboje. Nie ma pracy, nie ma kobiety ani poczucia, że ktoś naprawdę w niego wierzył i czekał. W końcu nadchodzi burza, więc jak mogłoby być normalnie? Cienia nawiedza w każdym miejscu dziwny gość, który pozwala nazywać się Wednesdayem i oferuje mu pracę. Wednesday pojawia się wszędzie, wie o wszystkim, przepowiada Cieniowi to, czego on sam jeszcze nie wie. Laura nie żyje, więc co innego miałby robić były więzień? Cień i Wednesday rozpoczynają owocną współpracę, spotykają słowiańskich bogów, starego dobrego Anansiego, afrykańskiego boga pająka i starają się zjednoczyć boską ferajnę przeciw nowym bóstwom komputerów, mediów i innych wynalazków współczesności. Normalność przepadła, a Wednesday zwany dawniej Odynem ciąga Cienia za sobą, przez świat fantastycznych istot, tanich knajp przy autostradach, świat pachnący Jackiem Danielsem i krwią. Za mężczyzną podąża jego powstała z grobu żona. Nigdy nie było normalniej.

W mojej opinii Gaiman jest świetnym pisarzem. Tworzy wyjątkową atmosferę, charakterystyczną tylko dla swoich tekstów i wprowadza z łatwością absurd do znanego świata w tak nieuchwytny sposób, że to co wydawałoby się nielogiczne, po kilkudziesięciu stronach przestaje dziwić i staje się dla czytelnika czymś znajomym, integralnym z uniwersum. Poziom absurdu u Gaimana w ogóle jest bardzo wysoki i wymaga przetrawienia pewnych "faktów". Dlaczego ifryt z Bliskiego Wschodu kocha się z islamistą w Nowym Jorku i dlaczego wcześniej wspomniany jest tym zachwycony? Dlaczego kobieta, która przed chwilą była zwykłą prostytutką, nagle pochłania waginą swojego kochanka? Nie pytajcie. Pisarz po prostu snuje historię, którą należy przyjąć do siebie i ogarnąć umysłem. Samo uniwersum poza tym, że wykracza poza logikę, jest bardzo ponure. Właściwie to nie "uniwersum" a nasz codzienny świat, w którym Gaiman dostrzega i opisuje szczegóły, które tworzą tę niepowtarzalną atmosferę. Miejsca, które wybiera, sposób w jaki opisuje, to wszystko składa się na wyjątkowość tekstu.

Bohaterowie, to głównie bogowie, ale też ludzie z krwi i kości - zdarzają się. Każdy jest wielkim indywiduum, o swoich upodobaniach, zwyczajach, sympatiach i antypatiach. Postacie mają swoje unikalne zestawy cech, wyjątkowe charaktery oraz swoje jądro ciemności. U Gaimana nie ma bogów i ludzi kryształowych. Albo masz brud za paznokciami, uwielbiasz rozbijać czaszki, zabiłeś kogoś, kłębią się w Tobie robaki, albo nie nadajesz się na gaimanowego bohatera. Do samego końca te ciemne strony niemilców wypełniających powieść są niedopowiedziane i dopiero finał rozjaśnia obraz w bardzo brutalny sposób całą sytuację. Zarówno fabuła jak i natura bohaterów nie są przewidywalne.

"Amerykańscy bogowie" dla zwykłego śmiertelnika mogą stanowić na pewno pozycję zbyt dosłowną, zamało delikatną, za bardzo plującą na jakiekolwiek zasady dobrego smaku. Może też przeszkadzać oderwanie od realności, które wbrew pozorom samo w sobie jest bardzo obrazowym komentarzem do współczesności i właściwie więcej w tym prawdy o nas, niż w bardzo przyziemnych książkach o ludzkich historiach. Jeśli jednak ktoś jest w stanie odsunąć na bok uprzedzenia i przeczytać dobrą niebanalną powieść, to gorąco polecam zapoznanie się zarówno z tą pozycją, jak i z resztą twórczości autora. Napomknę, że książka zebrała wiele nagród, do wielu została nominowana i stała się bestsellerem :)


czwartek, 19 kwietnia 2012

Stos Forgotten Realms i zapowiedź


Oto mój skromny plan czytelniczy na najbliższy czas. Rzadko zdarza mi się wstawiać stosy, bo kupuję książki nieregularnie, a jeszcze mniejsza regularność jest w doborze kolejności czytania... Teraz jednak wyklarował się plan i recenzowane będą po kolei od dołu książki na obrazku, czyli księgi I-III Wojny Pajęczej Królowej Salvatore'a, po czym powrócę do Drizzta. Tego już nie widać na zdjęciu, natomiast dwie książki wyżej, to księgi IV i V Legendy Drizzta. Może autor nie jest uwielbiany, ale jak dla mnie świat Forgotten Realms ma swoją specyficzną atmosferę i choćby tylko z tego względu lubię osadzone w tym uniwersum pozycje. Książki wyżej są dawnymi prezentami, a dwie pierwsze od dołu to efekt wymiany na lubimyczytać.pl Tak więc rozpocznie się przygoda w Podmroku, oraz wyprawy z mrocznym elfem, drowem :)

Natomiast kolejna recenzja pojawi się w tym tygodniu lub na początku następnego i będą to "Amerykańscy bogowie" Neila Gaimana, w wersji autorskiej. Dość ciężki orzech do zgryzienia, bardzo wyjątkowa i jeszcze bardziej specyficzna książka, no ale to Gaiman w swoim żywiole... Będę zniechęcać osoby preferujące zdrowie psychiczne i normalność :))

A na koniec akcent muzyczny: 

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

"Uwięziona w bursztynie" tom 2 Diana Gabaldon

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 256
Cena: 32zł
Okładka twarda
Ocena: 8/10


Przyszedł czas, aby kolejny raz zachęcić panie do sięgnięcia po serię Diany Gabaldon. Drugi tom "Uwięzionej w bursztynie" to następne rozdziały historii Clarie Randall przeniesionej do siedemnastowiecznej Szkocji, oraz Jamesa Frasera, bystrego Szkota z Broch Tuarach. Tom drugi został wyodrębniony przez Świat Książki, we wcześniejszym wydaniu takiego zabiegu nikt nie dokonywał. Nie uważam tego absolutnie za powód do rezygnacji z tej emocjonującej i porywającej historii, która znów rzuca nas w objęcia szkockich gór, klanów i walki o restaurację tronu Stuartów. Dawka przygód z historią w tle okazała się w tomie drugim zdecydowanie lepsza, niż w poprzedniej odsłonie.

Dokonam krótkiego przypomnienia - Clarie i James spędzili sporo czasu we Francji, gdzie starali się, by nie doszło do powstania w walce o niepodległość Szkocji, licząc na swoje kontakty z królem Ludwikiem oraz francuskimi bankierami. Ich motywy opierały się na wiedzy Clarie ze współczesnego nam świata - kobieta dobrze pamiętała, że pod Culloden w bitwie pod chorągwią Stuartów walczących o tron zginęło większość szkockich klanów, czyli jej przyjaciół i wspaniałych ludzi, których zdołała już poznać. Cały pierwszy tom skupiał się na próbach zapobiegnięcia przelania krwi podczas cullodeńskiej rzezi.

Uwaga! Jeśli ktokolwiek zamierza czytać pierwszy tom, teraz należy się wyłączyć - następuje spoiler. 

Tak więc tom drugi to nic innego, jak przebieg powstania szkockich klanów pod wodzą szalonego księcia Stuarta, który młody i nieokrzesany, dopiero szkoli się w sztuce wojennej. Bitwy i ważniejsze wydarzenia obserwujemy oczami Clarie, która podążyła na pole bitwy wraz z mężem, by pełnić rolę lekarza polowego. Punkt widzenia kobiety ma tutaj dość zasadnicze znaczenie - Clarie nie będzie nam podawała suchych faktów i planów taktycznych szkockich górali, ale opowie wszystko jako kochająca żona, przyjaciółka wielu walczących mężczyzn i kobieta, w której rękach spoczywa los kilku tysięcy ludzi w armii Szkocji. Spocznie też na niej odpowiedzialność za zdrowie i życie żołnierzy - jako jedyna posiada wiedzę i umiejętności pochodzące z XX w., które mogą uratować wiele istnień w przeciwieństwie do upuszczania krwi stosowanego przez jej kolegów "po fachu" uwijających się na polu bitwy. Przy okazji pani Randall będzie miała znowu okazję zmierzyć się ze swoimi dawnymi demonami i wspomnieniami o porzuconym mężu.

Koniec spoilera.

Nastąpił duchowy powrót do pierwszej części serii, czyli powrót do atmosfery Szkocji i jej niesamowitych mieszkańców, dla których upływ czasu i postęp nie miały większego znaczenia. Czyli wróciło to, co według mnie stanowiło trzon całego klimatu i istotę opowieści snutej przez pisarkę. Wszyscy jesteśmy obeznani nieco z Francją i tym podobnymi zachodnimi mocarstwami z tamtych czasów, ale Szkocja, to coś zupełnie innego i wprowadzającego powiew świeżości do wałkowanych na historii tematów. Mimo, że ten tom był dużo krótszy od pierwszego, stanowi znacznie lepsze źródło przyjemności i rozrywki dla czytającego. Nie brakuje niczego z charakterystycznych elementów serii - romansu, improwizowanej medycyny, nutki okrucieństwa oraz rozterek Clarie Randall. Uważam, że pani Gabaldon powrót do korzeni wyszedł absolutnie na zdrowie i brzmienie szkockich melodii to to, czego potrzebuje historia Angielki i Jamiego Frasera. Odsyłam oczywiście do recenzji poprzednich części, czyli "Obcej" i "Uwięziona w bursztynie tom 1"
Polecam!

wtorek, 10 kwietnia 2012

"Gra o tron" George R.R. Martin

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 774 + mapy
Cena sugerowana: 49 zł
Wydanie II
Ocena: 9/10

Zmierzyłam się z potworem, czyli zapoznałam się z historią, która ostatnio nie daje spać ludziom w swojej serialowej postaci. Jestem sceptyczna wobec ostatnich krzyków mody literatury i filmu, więc długo wzbraniałam się przed zakupieniem, a jeszcze dłużej przed przeczytaniem. Dzisiaj cieszę się, że jednak się do tego zmusiłam - tekst Martina spełnił moje oczekiwania. Liczyłam na epicką opowieść, sporą dozę przygód, i świetnej fantastyki zaprezentowanych przez świadomego, dobrego pisarza. W moim osobistym odczuciu właśnie tak można opisać tę książkę, nie kłamiąc i nie koloryzując.

Pierwsze co mnie uderzyło, to rozmach, z jakim George R.R. Martin stworzył swoje "małe" dzieło. Świat, który wykreował, jest złożony, logicznie uporządkowany i obszerny wraz ze swoją unikalną historią. Uroku dodaje też wielowarstwowość opowieści. Na pierwszym poziomie są losy rodziny Starków, na drugim polityczne zawirowania, na kolejnym autor skupia się na życiu Daenerys, która chce odzyskać tron, a poza tym wszystkim pojawiają się też kulturowe różnice między ludźmi z martinowskiego świata. Cała powieść podzielona jest na przeplatające się fragmenty, dotyczące którejś z głównych postaci reprezentujących rody Targaryenów, Starków czy Lannisterów. Mimo takiego rozwiązania, pisarz uniknął braku spójności oraz podołał przedstawieniu ogromnego świata za pomocą prowadzenia historii wybranych bohaterów. Niektórych dopiero czekających na lekturę "Gry o tron" może martwić to, co i we mnie budziło wątpliwości - czy książka nie jest suchym opisem wojen i intryg politycznych. Tutaj też nie ma na co narzekać - Martin uniknął tego błędu, przedstawiając poruszającą historię rodu Starków oraz młodej Daenerys Targaryen. Na tle wielkich wydarzeń dzieją się małe osobiste tragedie każdego z członków rodziny oraz Dany. Starkowie to dumny ród z północy, lecz tak naprawdę to także ludzie z krwi i kości - niezgadzające się ze sobą siostry, bękart Jon Snow szukający sobie usilnie miejsca w nieprzychylnie nastawionym do niego świecie, czy  mały Bran, którego kalectwo przekreśliło jego marzenia o rycerstwie. Historia Dany, czyli Daenerys również wyklucza obojętność - brak miłości ze strony egoistycznego brata, który hoduje w niej swoje własne ambicje, brak możliwości decyzji o sobie samej i przymuszenie do szybkiego dorastania. Martin nie poległ i uniósł temat w taki sposób, że każdy powinien znaleźć coś dla siebie.

Trudno mi jest jawnie narzekać na cokolwiek w "Grze o tron". Jest to na tyle kompletna i dobrze napisana książka, że wskazanie wad graniczy z niemożliwym, przynajmniej dla mnie. Jedyne, co decydowało o tym, że nie jest to 10/10 to właśnie rozdrobnienie na wielką ilość odrębnych wydarzeń, postaci i miejsc w taki sposób, że nie można było w pełni zżyć się z bohaterami i lepiej ich poznać. Co nie jest do końca silnym argumentem, bo przecież wiadomo, że książka ma swoje kontynuacje. Mnie jednak brakowało trochę więcej Eddarda Starka, lecz za rekompensatę uważam świetną historię Dany. Tak czy inaczej, w ostatecznym rozrachunku nie poczułam się poruszona aż tak, by przyznawać maksymalną ocenę. Wydawało mi się też, że część postaci jest za bardzo biała lub czarna, ale o to samo mogłabym oskarżać Tolkiena - przy takim rozmachu nie ma to aż takiego znaczenia.

Zdaję sobie sprawę, że wiele osób pewnie trzyma się z dala od serii z tego samego powodu co ja - za dużo szumu na temat książki potrafi odstręczać. Być może niektórzy jako pierwszy poznali serial i teraz nie mają ochoty czytać. Ja jednak powiem, że warto, bo przy najnowszych propozycjach pisarzy fantastyki to naprawdę mocna pozycja, dużo lepsza niż rozmemłana Canavan (chyba nigdy nie dam jej spokoju...) czy produkowane masowo paranormale.