Wszystkim omotanym w serduszka, kwiatuszki, czekoladki, wstążeczki i misiaczki przypominamy o tym, że dziś jest siedemdziesiąta rocznica powstania Armii Krajowej (14.02.1942), co chyba jest warte wspomnienia w natłoku słodkości i urokliwości, a na pewno dla niektórych ważniejsze.
Pozdrawiam!
wtorek, 14 lutego 2012
piątek, 10 lutego 2012
"Na Syberię" Per Petterson
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 269
Cena: 39,90zł
Ocena: 6/10
Z książką Pera Pettersona spotkałam się w dość dziwnych okolicznościach. Szarawa, pełna zimnych kolorów okładka po prostu przemówiła do mnie z półki, twierdząc najwyraźniej, że skrywa jakąś niezwykłą historię. Trudno odmówić tu niezwykłości, niebanalności, ale nie jestem do teraz przekonana, czy to wszystko, czego trzeba dobrej książce.
Od początku jesteśmy zaznajomieni z dwójką rodzeństwa - Jesperem i jego siostrą, która snuje całą opowieść i relacjonuje swoje wspólne życie z bratem, a także parę lat bez niego. Rzecz dzieje się w Danii, gdzie pod każdą fałdkę ubrania wkrada się nieprzenikniona wilgoć. Głęboka prowincja koło portowego miasta, bieda, obory pełne chudych krów i lato spędzone na polu. Dwójka dzieci żyje w rodzinie ludzi, których ja śmiało nazwałabym socjopatami bez mrugnięcia okiem.
Można też powiedzieć, że są to ludzie nieszczęśliwi, których marzenia zostały przekreślone na starcie, choć nie wiadomo jak wytłumaczyć antypatyczność i dziwactwo np. ojca dzieci, który, jak opisuje dziewczynka, od najmłodszych lat był zimny i nie okazywał uczuć. Od początku człowiek taki jak my, człowiek zachodu, ma poważną zagwozdkę. Wiadomo, że na północy relacje są chłodniejsze, jak tamtejszy klimat, ale czy aby na pewno Per Petterson przedstawił te relacje wiarygodnie? Mamy do czynienia z opisem życia prostych ludzi, ale niemal wszyscy oni zachowują się jakby codziennie im ktoś umierał. Każdy z nich to wzorzec zachowań antyspołecznych i są mocnym kontrastem do pojawiających się gościnnie bohaterów drugoplanowych, ciepłych, obdarzonych, no cóż, jakimikolwiek pozytywnymi myślami czy intencjami. Do tych drugich należy też Jesper, chłopak od najmłodszych lat zafascynowany Leninem i przekonany o swoim proletariackim przeznaczeniu.
Można też powiedzieć, że są to ludzie nieszczęśliwi, których marzenia zostały przekreślone na starcie, choć nie wiadomo jak wytłumaczyć antypatyczność i dziwactwo np. ojca dzieci, który, jak opisuje dziewczynka, od najmłodszych lat był zimny i nie okazywał uczuć. Od początku człowiek taki jak my, człowiek zachodu, ma poważną zagwozdkę. Wiadomo, że na północy relacje są chłodniejsze, jak tamtejszy klimat, ale czy aby na pewno Per Petterson przedstawił te relacje wiarygodnie? Mamy do czynienia z opisem życia prostych ludzi, ale niemal wszyscy oni zachowują się jakby codziennie im ktoś umierał. Każdy z nich to wzorzec zachowań antyspołecznych i są mocnym kontrastem do pojawiających się gościnnie bohaterów drugoplanowych, ciepłych, obdarzonych, no cóż, jakimikolwiek pozytywnymi myślami czy intencjami. Do tych drugich należy też Jesper, chłopak od najmłodszych lat zafascynowany Leninem i przekonany o swoim proletariackim przeznaczeniu.
"Na Syberię" to najbardziej ponura i smutna książka, jaką czytałam. Przede wszystkim ponura dlatego, że narratorka wydarzeń wydaje się być osobą, w której życiu nie pojawiła się prawie nigdy prawdziwa radość. Jest zupełnie odrębnym elementem, nie pasującym do społeczeństwa w żaden sposób. Doświadczona przez niezdrowe relacje z zimnymi, dziwnymi rodzicami, biedę i ciąg niepomyślnych wydarzeń snuje swoje historie niemal z idealną obojętnością. "Na Syberię" to świat ludzi bez większych marzeń, celów, perspektyw. Nakłada się na to tło II wojny światowej, tragedii tamtego czasu, chociaż nie jest to tematem książki. Bohaterka jest jak z lodu, miejsca wydarzeń są szare, zimne i nieprzyjemne, a jedynym promykiem jest Jesper, który i tak nie pomaga za bardzo rozjaśnić tej grobowej atmosfery.
Nie dam tej książce zbyt wielkiej oceny, mimo, że nigdy czegoś takiego nie czytałam. Niezwykłość, to nie wszystko. Każdy element "Na Syberię" wydaje się być przypadkowy. Relacje dziewczynki czasami są wręcz oniryczne, albo tak chaotyczne, że można się zgubić. Relacje z bratem, mimo że domyślamy się że silne, nie są zbyt mocno zarysowane. W trzeciej części powieści bohaterka jest z nim rozłączona, a niemalże nie ma o nim mowy, jakby długa rozłąka z Jesperem była niczym. W dodatku dziewczyna jest tak antypatyczna, nieludzka, wyprana z emocji, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to w ogóle jest możliwe? Można cierpieć na na trwałą apatię? Koniec jest równie dołujący jak cała reszta, nie wnosi niczego nowego, a w dodatku autor właściwie umieszcza informację o nim już w połowie książki. Jest to więc coś na kształt relacji antyspołecznej istoty z części swojego nieudanego życia.
Nie można całe życie czytać radosnych książek z dobrymi zakończeniami i okłamywać się o świecie, którego nie ma. Ale jednak warto postawić sobie pytanie - jaki jest sens niektórych powieści, które wymykają się ze schematu, ale nic poza tym? Ja po lekturze "Na Syberię" tkwię w przekonaniu, że już po pierwszym dziale, który jest całkiem ciekawy, mogłam sobie śmiało odpuścić lekturę. Książka nie wniosła nic do mojego życia, niczego się nie nauczyłam i nawet nie próbowałam, bo wiedziałam, że charaktery osób są przerysowane, więc trudno się uczyć czegoś od ludzi, którzy właściwie nie mają nic do powiedzenia i uformowani są z kamienia. Teoretycznie można by przyglądać się relacji rodzeństwa i błędom rodzicielskim, ale to wszystko również jest oprawione w ramę sztywności i braku wiarygodności. Szkoda. Nie mniej jednak - nie jest to zwykła lektura i nie jest to beznadziejna literatura. Jeśli ktoś lubi lirykę smutku zaklętą w prozę, zapraszam do spotkania z Pettersonem.
poniedziałek, 6 lutego 2012
"Listy z pudełka. Sekret mojej mamy" Ann Kirschner
Wydawnictwo: AMF plus
Liczba stron: 319
Cena: 9,99zł
Literatura powojenna to m.in. literatura wspomnień. Nie tylko wspomnień snutych przez osoby skrzywdzone przez historię, ale również przez kolejne pokolenia, które z trudem wyłuskały ze swoich rodziców straszliwą prawdę i poznały realia, które ich, następców tamtych czasów, szczęśliwie ominęły. Jak się okazuje, nie każdy ma ochotę wyrzucić z siebie żal i smutek do świata, oraz przyznać się do doznanej krzywdy. Ann Kirschner, autorka "Listów.." jest córką kobiety, która należała całe swoje życie do tych powojennych milczków, którzy zatrzasnęli drzwi do przeszłości. W końcu jednak mama Ann, w bardzo podeszłym wieku, pozwoliła zadawać sobie pytania na temat życia podczas drugiej wojny światowej i przekazała jej listy - tak cenny dar, przez który w obozach pracy można było stracić życie.
Trudno jest ocenić książkę tak szczerą i prawdziwą, bez nuty kłamstwa. Warto jednak o niej opowiedzieć.
"Listy.." to zbiór wspomnień Sali, Żydówki która wkroczyła w szesnastą wiosnę swojego życia w atmosferze hitlerowskich działań w Sosnowcu. Sala należała do bardzo pobożnej, wielodzietnej i bardzo biednej rodziny. Od małego pragnęła wyrwać się z okowów biedy i ciasnoty ubogiego i prymitywnego mieszkania. Gdy nadszedł list wzywający jej siostrę do obozów pracy, Sala zobowiązała się do zastąpienia jej i wyruszenia do Geppersdorfu, gorąco licząc na zarobek i poprawienie losów swoich i rodziny. Jak wiecie z historii, nie można było się bardziej pomylić.
Historia Sali nie jest detalicznym opisem drugiej wojny. To osobiste wyznania w listach kobiety skupionej wokół swoich małych-wielkich spraw. To troska o życie i zdrowie rodziców, rodzeństwa, wahań duchowych, opisy trudności obozowego życia. Sala miała szczęście nie zobaczyć nigdy obozów zagłady, życie przeciągnęło ją "jedynie" przez kilka obozów pracy. Autorka wspomina, że bywają osoby, które widziały Auschwitz przez dwa dni, a mimo to wykpiwają trudy jej matki, Sali, która w niemieckich obozach pracy spędziła całe lata. Dzięki tej książce pokazana jest cała prawda o życiu w tamtych warunkach, o relacjach między obozowiczami, karach, problemach ludzi uwięzionych w hitlerowskiej machinie, co pozwala nieco zmienić pogląd na pobłażliwe traktowanie ludzi, którzy nie doświadczyli obozów śmierci, ale spotkało ich coś niemal równie strasznego.
Listy mogą sprawić pewną trudność i zabrać kilka chwil - język jest archaiczny, a treść przepełniona emocjami. Trudno na to narzekać, kiedy się wie, w jakich okolicznościach powstawały. Jest to na pewno świetny przekaz, pamiątka po życiu zaledwie kilkunastu osób z całych milionów. Lektura jest przygnębiająca, bo tak naprawdę czego innego można spodziewać się po wspomnieniach z hitlerowskich obozów, czego poza teatrem śmierci, zaginięć i smutku. Wspomnienia Sali są niezwykle wzruszające i tym ciekawsze, że zawierają zawsze jakąś nutkę nadziei, optymizmu, wiary w dalsze życie. Bez wątpienia są to wspomnienia niewiarygodnie silnej kobiety. Wszystko okraszone jest komentarzem córki, który uzupełnia tło historyczne i nadaje delikatnej fabularnej oprawy samym listom. Książka zawiera też sporo fotografii opisywanych osób.
Pozwolę sobie nie wystawić oceny. Bo jak można ocenić intymny, rodzinny pamiętnik, wystawiony na światło dzienne dla uświadomienia innych? Nie liczą się zawody pisarstwa i pomysłu, a to że się chciało i że Ann uhonorowała doświadczenie mamy w taki sposób. Polecam tę książkę każdemu, kogo nie odstrasza tematyka i nie boi się wiedzieć więcej.
sobota, 4 lutego 2012
Grombelardzka legenda - Feliks W. Kres
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 534
Rok wydania: 2009
Ocena: 7/10
Cena sugerowana: 35zł
Po tego autora sięgnęłam w księgarni w sierpniowe popołudnie, zachęcona głównie tym, że owego pana nie znam, a opisy wydawały się przekonywające. Miało być bardzo mrocznie, wręcz prawie najmroczniej w polskiej fantasy. Może powiem tak - koło mroku wiedźmina czy nawet warhammerowskich opowiadań to nie leżało. Do tego w opisie z tyłu książki jest mowa o brutalności, bezwzględności...naprawdę to nie to. Nie aż tak, w porównaniu do wielu polskich pisarzy fantasy, jak Komuda, Sapkowski, Grzędowicz itd.
Jak tytuł głosi, akcja toczy się w krainie Grombelard składającej się jedynie z kilku warownych miast i Ciężkich Gór, w których panują zorganizowane grupy bandytów będących w niemej zmowie z całą resztą Grombelardu. Góry, to właśnie to miejsce, w którym bohaterowie znajdują się najczęściej. Od pierwszych opowiadań poznajemy paru z nich - Dorlana-Przyjętego, mędrca, człowieka o wielkiej mocy pochodzącej z Pasm Szerni, Karenirę - armektańską łuczniczkę, która ma zaznajomić z łukiem grombelardzich kuszników oraz ogromnego, rozumnego kocura gadba - Rbita. Ich losy rozpoczynają się zupełnie osobno, by potem przeplatać się w dowolnych kombinacjach na terenie Ciężkich Gór.
Jak wspominałam, mroku i brutalności nie ma w wymiarze "najbardziej w Polsce", ale jest coś, co na pewno liczy się dla wielu czytelników - brak wesołych baśniowych zakończeń i dobitnej przewidywalności. Przygody Kareniry i kocura gadba toczą się w krainie pełnej śmierci, nieprzyjemnych zbirów, zupełnie losowych wypadków, które prowadzą do nieszczęść i pomyłek fatalnych w skutkach. Świat stworzony przez Kresa mieni się oryginalnością na tle magiczno-elfich opowiastek, ma ścisłą konwencję i jest wykreowany od podstaw. Każda z przygód dowodzi temu, że nie jest to literatura ku pokrzepieniu serc. Kres stawia na klimat zimnych gór, deszczowej pogody, skalistych zbocz i sępów unoszących się nad głowami podróżnych. Sądzę, że to świetny wybór w dobie fireballi i innych epickich wynalazków.
Bohaterowie nie zdołali mnie do siebie przekonać, niestety, choć potencjał mieli niezły. Głównym mankamentem było to, że nie zmienili się w trakcie wydarzeń, mimo że historia opisuje kilka lat z ich życia. Szczególnie antypatyczna jest Karenira, która od początku przygód jest niezwykle pusta, naiwna i nierozsądna, a mimo traumatycznych przeżyć dalej tkwi w tej pustocie i od połowy książki jej zachowanie zaczyna mocno drażnić. Ma się wrażenie, że to zupełnie nieludzki twór, niezdolny do głębszej refleksji czy pójścia po rozum do głowy. Można by ją nawet nazwać herod-babą. Trudno śledzić z zapałem i wypiekami na twarzy losy kogoś, kogo chętnie uderzylibyśmy w twarz. Z kocurem gadba jest inaczej, ale niestety, jest postacią poboczną w stosunku do Kareniry, choć pojawia się dość często. Właśnie on wzbudza szacunek, podoba się i można instynktownie poczuć, że to jego przygody byłyby ciekawsze. Można jednak spojrzeć na to z drugiej strony - mało kto tworzy głównego bohatera takiego jak Karenira. Tu trzeba pochwalić pisarza - chyba w żadnym z aspektów nie poszedł na łatwiznę i jest to zupełnie odrębna kraina oraz sposób tworzenia postaci, w stosunku np. do bohaterów książek Fabryki Słów.
Poza tym marudzeniem, "Grombelardzka legenda" to bardzo dobrze napisana książka. Czyta się ją przyjemnie i można ją spokojnie umieścić na półce z literaturą przygodową. Pisarz skupił się wyłącznie na akcji, cały czas coś się dzieje, ktoś jest w drodze, ktoś walczy. Nie ma żadnych elementów zastoju, ani chwili na oddech. Trochę szkoda, bo momenty akcji prowadzą przez fabułę szybko i nagle książka się kończy, a człowiek niewiele pamięta poza dobrym klimatem i przyjemnością czytania. Mówię szkoda, bo brakowało mi rozwinięcia wątku samego świata, poznania innych krain wspominanych w tekście jak Dartan czy Armekt, które pojawiają się gościnnie. Skupienie na Karenirze, której przygody odbywają się w jednym miejscu i w podobnych okolicznościach, niestety męczy i z radością wita się jakiegoś nowego bohatera, choć niestety on szybko znika.
Ostatecznie jednak powiem - podobało mi się. Ujął mnie klimat "Grombelardziej legendy" oraz niektóre, naprawdę ciekawe i dobrze pomyślane przygody. Ukłon należy się za samo uniwersum, zupełnie nowe i dobrze zbudowane, do tego dochodzą interesujące postacie poboczne i samo odczucie po przeczytaniu. Nie będzie oceny wyższej niż 7, bo jednak to nie jest arcymistrzostwo fantastyki. Mam w domu już kolejny tom, ale nie spieszy mi się po niego chwytać, więc to też wiele mówi. Nie warto się jednak zrażać, bo trzeba pamiętać o odmiennych preferencjach. "Grombelardzka legenda" to dobry kawałek fantasy i polecam osobom, które twórczości Kresa nie znają. :)
sobota, 28 stycznia 2012
"Obca" Diana Gabaldon
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 716 (dwa tomy)
Ocena: 8/10
Cena sugerowana: 34,90 za 1 z dwóch tomów
Powojenna Szkocja to miejsce gdzie Clarie i Frank spędzają wakacje. On jest uczonym, profesorem z żyłką do genealogii i w szkockich górach poszukuje śladów swoich przodków w lokalnych dokumentach. Jego żona podczas drugiej wojny światowej była pielęgniarką i aktualnie rozkoszuje się wolnym czasem w Szkocji. Czas ten mija beztrosko, choć Clarie czasem niezręcznie czuje się wobec uczonego, przemądrzałego towarzystwa swojego męża, z którym przebywa dopiero od sześciu miesięcy. Krótki czas jaki spędzili jako małżeństwo też wprawia ją w refleksyjne nastroje, ponieważ ślub odbył się przed wojną. Wszystko się zmienia, gdy kobieta trafia do magicznego celtyckiego kręgu skał i zostaje przeniesiona...w czasie do roku 1743.
Liczba stron: 716 (dwa tomy)
Ocena: 8/10
Cena sugerowana: 34,90 za 1 z dwóch tomów
Clarie na swojej drodze poznaje najpierw przodka swojego męża - kapitana Randalla, który bierze ją za prostytutkę. Potem porywa ją grupa szalonych Szkotów, którzy zabierają ją do zamku pełnego celtyckich tradycji i poznaje fascynującego, dumnego młodzieńca - Jamesona Frasera. Od tej chwili aż do końca Clarie spotykają ciągłe przygody i niebezpieczeństwa, którym musi stawić czoła w osiemnastym wieku.
Główna bohaterka to kobieta, którą ja osobiście nazwałam Telimeną literatury zagranicznej. Jest zwyczajną kobietą, pełną wad, ale też uczuciową i pewną siebie. Ludzie których spotyka, to osoby z krwi i kości, również posiadający upierdliwe nawyki, swoje małe ambicje i marzenia, swoje defekty psychiczne czy też nawet choroby. Świat, który stworzyła Gabaldon, jest niemalże namacalny i łatwo się zgubić w czasie. Życie toczące się na zamku Leoch oraz zachowania Szkotów są oddane wiarygodnie i opisują wiele nawyków, tradycji i ciekawostek z tamtych czasów. Autorka uczepiła się słusznie zgodności historycznej, prezentując zarówno szkockie klany jak i prostych ludzi, oraz Anglików spragnionych szkockiej ziemi w bardzo realistyczny sposób.
Należy przyznać jedną sprawę istotną dla czytelnika - "Obca" to bez wątpienia romans, choć nie dla każdego niewieściego serca. Jednak nie nazwałabym tego tanim romansidłem. Na plus działa zgodność historyczna, spora wiedza pisarki, a także wiarygodnie kreowane postacie i jeszcze jedna sprawa, która może odrzucić owe niewieście serca o których wspomniałam - wręcz lekarskie opisy niesamowitych brutalności. Gabaldon przedstawia nam zatargi Anglików i Szkotów bez pudru, chętnie łamie kości i rozrywa skórę swoim bohaterom. Nie bezmyślnie, bo wszystko ma swoje uzasadnienie i nie jest marnym popisem chorej wyobraźni.
Uważam że historia Angielki wśród szalonych Szkotów, pełna ciągłych przygód jest wciągająca i nie pozwala na obojętność. Zarzucę autorce tylko nierównomierność - na początku akcja nie toczy się aż tak szalenie, choć dzięki temu można się przyjrzeć historycznym szczegółom. Pod koniec natomiast (drugi tom) to wyłącznie akcja i spora dawka brutalności. Wielu może powiedzieć, że to głupie romansidło, które jest o niczym. Nie zgodzę się, ponieważ książka w której jest miejsce dla historii (głównie dawnych zwyczajów) i dla obrazu poważnego zboczenia psychicznego jednego z bohaterów na pewno nie jest głupia. Na poczet wad mogę zaliczyć to, że w istocie jest to miłe czytadło i tylko tyle - raczej nie wniesie nic nadprogramowego do życie poza tym co napisałam i dlatego ocena nie jest oszałamiająco wysoka :) Zobaczymy co dalej, bo to dopiero początek serii.
Zdjęcie serii (nie moje;)
Uważam że historia Angielki wśród szalonych Szkotów, pełna ciągłych przygód jest wciągająca i nie pozwala na obojętność. Zarzucę autorce tylko nierównomierność - na początku akcja nie toczy się aż tak szalenie, choć dzięki temu można się przyjrzeć historycznym szczegółom. Pod koniec natomiast (drugi tom) to wyłącznie akcja i spora dawka brutalności. Wielu może powiedzieć, że to głupie romansidło, które jest o niczym. Nie zgodzę się, ponieważ książka w której jest miejsce dla historii (głównie dawnych zwyczajów) i dla obrazu poważnego zboczenia psychicznego jednego z bohaterów na pewno nie jest głupia. Na poczet wad mogę zaliczyć to, że w istocie jest to miłe czytadło i tylko tyle - raczej nie wniesie nic nadprogramowego do życie poza tym co napisałam i dlatego ocena nie jest oszałamiająco wysoka :) Zobaczymy co dalej, bo to dopiero początek serii.
Zdjęcie serii (nie moje;)
piątek, 27 stycznia 2012
Wywiad z Sapkowskim!
Wygrzebałam w Internecie i zapraszam do wysłuchania mistrza :) TUTAJ
Miłego wieczoru ;)
PS. Komu nie chce się bardzo słuchać, info - Wiedźmin ma powrócić w nowej książce.
Miłego wieczoru ;)
PS. Komu nie chce się bardzo słuchać, info - Wiedźmin ma powrócić w nowej książce.
"Bohun" Jacek Komuda
Wydawnictwo: fabryka słów
Liczba stron: 399 (razem z objaśnieniami około 100 stron)
Rok wydania: 2011
Ocena: 6/10
Cena sugerowana: 35,90zł
Wszyscy uczyliśmy się na historii o powstaniu Chmielnickiego i pochodnych jemu wydarzeniach. Pewnie wszyscy słyszeliśmy też o kozakach zaporoskich. Pan Komuda to tylko dla nas opisał, ubrał w garnitur przeznaczenia, delikatnej magii i fabuły. Jestem wielbicielką tego tematu i mroczna krwawa historia o losach Polski i kozaków bardzo mnie zainteresowała.
Jesteśmy wrzuceni na początku historii w dość dziwne miejsce patrząc na tytuł - zaczynamy od śmierci pułkownika Bohuna. Iwan Bohun, straszliwy wódz kozacki, przedśmiertnie wzywa Tarasa, któremu chciał ofiarować swój testament. Tarasa nie ma, bo jak mówią jego ludzie "wszak wasza mość go wypędził...".
Od czasu straszliwej bitwy z wojskiem polskim Tarasa, kozaczka z Zaporoża, nachodzą widzenia. Przed oczami wciąż stoi mu obraz martwych porozrzucanych ciał. Zarzynany przez jego pobratymców ksiądz zauważywszy dar kozaka, mówi Tarasowi, że to on ma zaprowadzić pokój na Ukrainie - inaczej kraj przepadnie. Wręcza Tarasowi magiczną bandurę, której dźwięk odwodzi wrogów od bitwy i złości.
Pierwsze co rzuca się w oczy to charakterystyczny język zarówno kozaków jak i polskiej szlachty. W książce przewija się też mnóstwo nazw broni, strojów i innych przedmiotów związanych z tamtym okresem. To narzuca śmiałe skojarzenia z Sienkiewiczem, który przecież jest ostoją tego tematu w polskiej literaturze. Jego śladem, Komuda poza charakterystycznym nazewnictwem i językiem, który w jego wydaniu jest dużo bardziej dosadny, tak jak poprzednik śmiało uwypukla wady i zalety polskiej szlachty oraz kozactwa, wystawiając ich na nasze pośmiewisko. Wesołe sceny przekomarzania się kozackiej braci i szlacheckiego pijaństwa przeplatają się z dużo cięższymi, do bólu obrazowymi scenami mordu i okrucieństwa. Przyznam, że Komuda nie jest dla delikatnych. Jesteśmy świadkami nabijania na pal, plucia krwią i rzężenia umierającego - malowniczych opisów nie brakuje. To jakby Sienkiewicz, cięższy w słownictwie, krótszy i łatwiejszy do przełknięcia dla opornych.
Śmiem jednak podważyć słuszność tytułu. Sięgając po tę pozycję liczyłam na mroczny wątek związany bezpośrednio ze sławnym Bohunem. Tym czasem nacisk jest bardziej położony na historię, na polityczną intrygę i tak naprawdę równie dobrze książka mogłaby być zatytułowana "Dantez" albo "Marek Sobieski". Trochę szkoda, patrząc na położenie książki w dziale fantastyki i fascynującą postać Bohuna. Zakończenie również pozostawia spory niedosyt. Pewnym zadośćuczynieniem jest spore miejsce zarezerwowane dla objaśnień wszystkich terminów i historycznego nakreślenia całej sytuacji, dzięki któremu wiemy co było prawdą, a co tylko dywagacjami rozmarzonego historyka.
Ostateczna ocena jest niewysoka. Winą tego jest zakończenie, odbieganie od tematu Bohuna do wątku pobocznego i ogólne wrażenie jakie pozostawia książka. Mimo świetnego języka i wyjątkowych postaci z krwi i kości, ma się wrażenie jakby książka była niedokończona i zdecydowanie za krótka. Szkoda, bo temat daje wielkie pole do popisu. Być może ten popis miał miejsce w innych częściach serii dotyczącej braci kozaków, ponieważ to nie jedyne wydanie spod pióra pana Komudy dotyczące polsko-zaporoskich zmagań. Polecam głównie sympatykom tematyki i historii.
Od czasu straszliwej bitwy z wojskiem polskim Tarasa, kozaczka z Zaporoża, nachodzą widzenia. Przed oczami wciąż stoi mu obraz martwych porozrzucanych ciał. Zarzynany przez jego pobratymców ksiądz zauważywszy dar kozaka, mówi Tarasowi, że to on ma zaprowadzić pokój na Ukrainie - inaczej kraj przepadnie. Wręcza Tarasowi magiczną bandurę, której dźwięk odwodzi wrogów od bitwy i złości.
Pierwsze co rzuca się w oczy to charakterystyczny język zarówno kozaków jak i polskiej szlachty. W książce przewija się też mnóstwo nazw broni, strojów i innych przedmiotów związanych z tamtym okresem. To narzuca śmiałe skojarzenia z Sienkiewiczem, który przecież jest ostoją tego tematu w polskiej literaturze. Jego śladem, Komuda poza charakterystycznym nazewnictwem i językiem, który w jego wydaniu jest dużo bardziej dosadny, tak jak poprzednik śmiało uwypukla wady i zalety polskiej szlachty oraz kozactwa, wystawiając ich na nasze pośmiewisko. Wesołe sceny przekomarzania się kozackiej braci i szlacheckiego pijaństwa przeplatają się z dużo cięższymi, do bólu obrazowymi scenami mordu i okrucieństwa. Przyznam, że Komuda nie jest dla delikatnych. Jesteśmy świadkami nabijania na pal, plucia krwią i rzężenia umierającego - malowniczych opisów nie brakuje. To jakby Sienkiewicz, cięższy w słownictwie, krótszy i łatwiejszy do przełknięcia dla opornych.
Śmiem jednak podważyć słuszność tytułu. Sięgając po tę pozycję liczyłam na mroczny wątek związany bezpośrednio ze sławnym Bohunem. Tym czasem nacisk jest bardziej położony na historię, na polityczną intrygę i tak naprawdę równie dobrze książka mogłaby być zatytułowana "Dantez" albo "Marek Sobieski". Trochę szkoda, patrząc na położenie książki w dziale fantastyki i fascynującą postać Bohuna. Zakończenie również pozostawia spory niedosyt. Pewnym zadośćuczynieniem jest spore miejsce zarezerwowane dla objaśnień wszystkich terminów i historycznego nakreślenia całej sytuacji, dzięki któremu wiemy co było prawdą, a co tylko dywagacjami rozmarzonego historyka.
Ostateczna ocena jest niewysoka. Winą tego jest zakończenie, odbieganie od tematu Bohuna do wątku pobocznego i ogólne wrażenie jakie pozostawia książka. Mimo świetnego języka i wyjątkowych postaci z krwi i kości, ma się wrażenie jakby książka była niedokończona i zdecydowanie za krótka. Szkoda, bo temat daje wielkie pole do popisu. Być może ten popis miał miejsce w innych częściach serii dotyczącej braci kozaków, ponieważ to nie jedyne wydanie spod pióra pana Komudy dotyczące polsko-zaporoskich zmagań. Polecam głównie sympatykom tematyki i historii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)