sobota, 12 listopada 2011

"Lot nocnych jastrzębi"

Konklawe Cieni musi zebrać się po raz kolejny, by zaradzić nadciągającym problemom. Pojawiają się dowody na nadejście niewyobrażalnego zła z innego, nieznanego dotychczas magom wymiaru - groźnej armii Dasatich. W cesarstwie Keshu chodzą słuchy o zabójstwach, które najprawdopodobniej mają związek z powrotem tajemniczej Gildii Śmierci - Nocnych Jastrzębi. Magowie Konklawe dochodzą do wniosku, że stoi za tym ich dawny wróg, który doprowadzał już do masakr i tragicznych wydarzeń - wrogi magik, Leso Varen.
Tymczasem pod opiekę syna Puga, przewodniczącego Konklawe, trafia dwóch poczciwych wyrostków, którzy nie mogli znaleźć sobie miejsca w świecie. Bieg wydarzeń sprawia, że zamiast terminować u kowali czy bednarzy, stają się pomocnikami magów Konklawe Cieni.

Wszystko zaczyna się pompatycznie, schematycznie i bez zaskoczenia. Mamy dwie osoby, które z nikogo przeskoczyły do rangi pomocników wielkich magów, jak zwykle drogą przypadku, wyszkoleni przez wykwalifikowanych mistrzów. Mamy strony dobrą i złą, a świat jest jednoznaczny, czarno-biały do przesady. Szlachetne Konklawe Cieni, w którym zasiadają sami szlachetni ludzie o szlachetnych usposobieniach i złego Leso Varena i Gildię, który posługuje się złą do cna magią i jest zły. Tak można skwitować konflikt przedstawiony w książce Feista, posługując się pewnym skrótem.

Nie można powiedzieć, że Feist nie umie pisać, bo sama historia nie jest zła, aczkolwiek za adresata postawiłabym tutaj osoby czytające książki Trudi Canavan czy Paoliniego, z tą różnicą że Feist jest jednak trzy razy lepszy. Wszystko odbywa się bardzo klasycznie - magia, wojownicy, od zera do bohatera i mamy też akcent polityki dynastycznej. Feist zawarł również wiele pytań i zagadek, ale niestety źle podane, zupełnie nie intrygują i nie podnoszą ciśnienia czytającemu. Jest tak między innymi dlatego, że bohaterowie poza jednym (magiem Nakorem) są nijacy, nie mają wyjątkowych cech, a ich charaktery są oczywiste. Trudno przejmować się losami postaci, która jest szara i znika w morzu podobnych sobie. Konklawe Cieni i ich sprzymierzeńcy są szlachetni do szpiku kości, bezinteresowni i wspaniałomyślni. Odstępstwem od tej reguły jest mag Nakor, którego można nazwać postacią barwną, tajemniczą i mniej jednoznaczną. Nie pojawia się on jednak na tyle często, by przełknąć bezpłciowość całej reszty.

Błędem Feista było zupełne pominięcie wprowadzenia czytelnika w świat Gildii Śmierci. Wiemy jedynie, że takowa istnieje, ma mroczną nazwę i są w niej ludzie ubrani na czarno, którzy oczywiście mają dużo sprytu i kryją się w cieniu nocy (swoją drogą to samo co u Canavan - gildia osiadła w kanałach). Mimo rozwodzenia się bohaterów nad niezwykłymi umiejętnościami morderczymi Nocnych Jastrzębi, zabójcy chętnie i łatwo giną pod mieczami bohaterów "jasnej strony mocy", jeśli już dochodzi do starcia. Ich liczbę zmniejszają również wcześniej wspomniani dwaj chłopcy, którzy w rok nauczyli się jak widać wspaniałego władania mieczem, co pozwala im pokonywać przeciwników od urodzenia, jak wskazują opisy, szkolących się w sztuce zabijania. Takie zagrania pozostawiają niesmak i niedosyt. Nocne Jastrzębie to temat, którym można by przemienić opowieść w mroczną fantasy. Zabójcy Feista to przy tolkienowskich orkach słodkie baranki.

Tak przedstawiają się minusy, aczkolwiek nie każdemu powinny one przeszkadzać. W literaturze fantasy klasyczne dla gatunku powieści oparte na schematach również mają swoją niszę i istnieje na nie zapotrzebowanie. Osadzona w tych ramach książka Feista jest mimo wszystko przyjemną opowieścią o kolejnej walce dobra ze złem w świecie magii i miecza. Skoro świat pokochał Froda i Gandalfa, bez wątpienia może pokochać również Puga oraz chłopców, Zane'a i Tada. Autorowi należy też przyznać ciekawy pomysł z równoległymi wymiarami, których mieszkańcy mogą między nimi podróżować. W tej części wątek Dasatich i podróży między wymiarowej nie był zanadto pociągnięty, co nie oznacza, że nie pojawi się w kolejnych tomach Sagi Wojny Mroku. Zakończenie bowiem miało charakter znaku zapytania i zapowiedzi tomu drugiego.

Osobiście nie będę czekać na kolejne przygody Konklawe Cieni, gdyż to nie moje rewiry fantastyki. Myślę jednak, że Raymond Feist ma swoich odbiorców i znajdzie ich jeszcze więcej, ponieważ kunsztem pisarskim i pomysłem stoi znacznie wyżej od takich autorów jak Trudi Canavan, Christopher Paolini, czy Brent Weeks. Na pewno jest dobrym pisarzem, ale nieuniwersalnym i osobom lubiącym Geralta z Rivii, Mordimera Madderdina i szereg innych charakterystycznych postaci zamieszkujących niebanalne światy, nie polecam. Natomiast reszcie lubującej się zarówno w powyższych jak i w klasycznych obliczach fantastyki, polecam gorąco.

czwartek, 3 listopada 2011

Zdobyczne stosidło

Moje zdobycze za 1 zł z wyprzedaży, tzw. ratowanie książek z biblioteki przed skończeniem jako makulatura.

"Saga o Ludziach Lodu" - część 4, 11, 13, 14, 15, 16, czyli Tęsknota, Zemsta, Ślady szatanaOstatni rycerz, Wiatr od wschodu i Kwiat wisielców (wzięłam te najwcześniejsze które były) i zadziwiające..Diuna, w takim dziwacznym wydaniu z 1985, nie jest to pełna książka, bo to cienki tomik, niecałe 160 stron, być może  to jakiś fragment/opowiadanie, ale no proszę państwa, złotówki bym miała nie wydać?

Jak na tę chwilę trochę ostudzam swoje czytelnicze zapały. Właściwie może nie ostudzam, ale mam zwyczajnie ochotę znowu zatapiać się w Wiedźminie po raz wtóry, czasem na boku czytnę sobie jedynie Bohaterów świętej wojny, ale to sporadycznie. Wszystko wywodzi się z tego, że miałam czytać Czarny kielich Berlinga, ale napisany jest tak topornie, że uznałam iż zwyczajnie nie mam ochoty się w tym grzebać. Potem chwyciłam Dziedzictwo Templariuszy, ale tę książkę z kolei napoczęłam dawno temu i teraz nie pamiętam za dobrze tych 100 stron które kiedyś przeczytałam, a jednocześnie nie chciało mi się wracać do 1 strony, bo jednak w miarę czytania, wiedziałam już co będzie dalej. W dodatku powieść ma dwa wątki, więc zgubiłam się do reszty. Uznałam to za znak i powtarzam sobie Sapkowskiego..tego nigdy za wiele!

piątek, 14 października 2011

Follett - Filary Ziemi

W średniowiecznej Anglii następuje okres walki o tron. Prawowity król Henryk zmarł, zaś do tronu pretenduje dwójka ambitnych władyków. Cały kraj cierpi poprzez wojnę domową pogrążając się w biedzie, rozlewie krwi i napływających trudnościach. Możni walczą o wpływy, biedniejsi giną, tracą majętności, żyją w strachu. Jak to zwykle bywa.
Zostajemy zapoznani z mieszkańcami Anglii z różnych światów. Pierwsi z nich to rodzina Toma Budowniczego - dwójka dzieci, Martha i Alfred, oraz żona Agnes, ciężarna i przepełniona żalem. Mąż nie przyjął oferty budowania domów i umocnień w mieście, co zapewniło by im wygodne mieszczańskie życie. Tom marzy o budowaniu katedry własnego projektu, nic innego go nie interesuje. Tymczasem rodzina zaczyna głodować.
Drudzy, to Hamleighowie, możni angielscy upokorzeni przez hrabiowską rodzinę Bartholomew, z której córka hrabiego, Aleina, odmówiła zaślubin z Williamem Hamleighiem, mimo umowy między rodami. To odsunęło Hamleighów od hrabstwa dla syna.
Ostatnim jest Philip, przeor skromnego kościoła Jana z Lasu, który wychowany przez mnichów, wiedzie pokorne życie...do czasu, gdy nie zostaje obrany przeorem Kingsbridge, gdzie całe jego życie nabiera innych barw a spokój duchownego zostaje na zawsze zakłócony.

Tym czego Follettowi nie można odmówić, to zgodność historyczna, a co za tym idzie, niekolorowanie rzeczywistości. W ciemnym średniowieczu nie jest bajkowo - ludzie nękani są przez nieurodzajne lata, wojnę domową, narażani są co rusz na niesprawiedliwości. Czytając sagę, jesteśmy świadkami wielu nieszczęść, śmierci i krzywdy. Pojawiające się przebłyski pogody szybko gasną, co daje piękny zarys tamtych czasów. Jest wiele momentów, w których czytelnik spodziewa się wyjaśnienia sytuacji, wyratowania bohatera, dobrego zakończenia danego wątku i zwykle srogo się zawodzi. To skłania do dalszego zagłębiania się w życie średniowiecznego ludu.

Niestety, dla mnie powieść była zbyt rozwleczona. O ile przez pierwsze dwieście stron można było znieść szczegółowe opisy operacji i wizji budowlanych bohatera, o tyle przebijanie się przez niezliczone opisy sposobów budowania przez bite osiemset stron już było męczące i zbędne. Niektóre czynności przytaczane są zbyt szczegółowo, co zwalnia akcję, która i tak nie jest nadmiernie wartka i nuży przy takiej objętości sagi.  

Poza tym autor wpadł po pewnym czasie w schemat, który już w drugiej połowie może być denerwujący. Ta sama osoba atakuje, przegrywa lub wygrywa, potem atakowany podnosi się z klęski, potem znów ta sama osoba znajduje nowy sposób na atak, itd... Sądzę, że opisywanie waśni dwóch stron przez osiemset stron, w momencie kiedy nie są one zbyt zróżnicowane, nie było konieczne. Nie sprawdzałam, przyznaję, czy niektóre postacie są historyczne (głównie William), więc nie wiem czy to tylko artystyczna nieudana wizja, czy przymus podążania za historycznymi ramami. 

Pomimo tych małych mankamentów Filary Ziemi przedstawiają wspaniałą i poruszającą historię. Jest wiele działów sagi, w których przewraca się stronę za stroną, w obawie o los bohatera/bohaterki. Lektura potrafi nie raz wprowadzić w gniew, przyprawić o strach o ludzi zamieszkujących Anglię, wywoływać prawdziwe emocje. Są to opowieści o wierze, niesprawiedliwości, miłości, zaślepieniu, pokorze, niespełnionych ambicjach, pożądaniach i niestałości ludzkiego losu. Nie da się po przeczytaniu nie odczuwać sympatii do postaci wykreowanych tak wyraźnie przez autora. 

Follett tworzy ludzi prawdziwych, o realnej psychice. Nie są niezłomni, nie mają oczywistych cech, nie są czarni lub biali. To ogromna zaleta, w dobie szlachetnych Aragornów, Legolasów i złych Sarumanów. Bohaterowie są tu dynamiczni, a przy okazji ich zachowania i tok myślenia są bardzo wiarygodne. Każda postać różni się od siebie, zachowaniem, zwyczajami i osobowością.

Mimo przedłużania i kilku mankamentów, uważam Filary Ziemi za sagę bardzo udaną i wartą lektury, a nawet za obowiązkową lekturę dla miłośników czytania. Opowieść wciąga i nie jest wstanie wypuścić ze swoich ramion czytelnika, jeśli ten choć na chwilę zanurzy się w średniowiecznym, brudnym świecie pełnym ludzi z marzeniami, ambicjami, zaplątanymi w nici losu. Polecam!


piątek, 23 września 2011

"Dziennik Norweski" Andrzej Pilipiuk

Dawno mnie tu nie było.

Wstyd się przyznać, ale Dzienniki były moim pierwszym zetknięciem z autorem. Ktoś może powie, że to źle, ale ja nie mam zastrzeżeń odnośnie tej pierwszej randki z tak poczytnym przecież pisarzem. No może - prawie ich nie mam.

Zacznijmy od tego że do Dzienników należy podejść z dystansem. Autor umieścił informacje, że powstawały one w czasie jego dzieciństwa i były dla niego autoterapią. Nie możemy więc rozpatrywać tego w kategorii zachwycania czytelnika. Nie mniej jednak pan Andrzej książkę wydał, znakiem tego wiedział co robi. Przygodę zaczynamy więc w komunistycznej Polsce w roku 1984 w szkolnej ławce, gdzie rzeczywistość jest prawdziwie nieciekawa. Nagle jednak kilkunastoletniego Pawła, który za kilkanaście stron okazuje się być Tomaszem, wir wydarzeń wciąga wprost do Norwegii. Paweł został znaleziony po ciężkim wypadku w górach na granicy wschodniej. Powinien nie żyć, ponieważ część jego mózgu uległa zniszczeniu, lecz jego komórki nerwowe zregenerowały się, kosztem utraty części pamięci. Tak główny bohater trafił do domu dziecka z którego wybawiają go ludzie, którzy wiedzą o nim wszystko sprzed wypadku i podają mu jego prawdziwe imię, wręczając przy okazji plik fałszywych dokumentów umożliwiających wydostanie się za żelazną kurtynę. Tak zaczyna się historia.

Opiszę od razu całą trylogię, gdyż między tomami nie ma wielkich zmian. Zawierają one mniejsze i większe przygody Tomasza, jego drogę w celu odzyskania pamięci i rozszyfrowania swoich rzekomych dobroczyńców. Wszystko dzieje się na tle remontu rozpadającego się domku nad morzem w norweskim lesie. Tu pojawia się jeden z mankamentów - nie wiem czy pan Pilipiuk chodził za młodu na tzw. fuchy i zostało mu zamiłowanie do zajęcia, ale opisy samego remontu wydają mi się zbyt szczegółowe i zajmują naprawdę lwią część tekstu. Można to spokojnie potraktować jako poradnik dla samouka odnośnie remontowania zniszczonych powierzchni płaskich. Co dziwne, nie przeszkadza to tak bardzo w lekturze. Mimo nie zawsze wartkiej akcji, powieść bardzo wciąga i czyta się wspaniale. To jak powrót do młodości, kiedy czytało się Szatana z siódmej klasy. Tylko z dużo poważniejszym wątkiem kryminalnym, paranormalnymi zjawiskami i smaczkami komunistycznych realiów. Przyznam się, że mimo tego iż pierwsze dwa tomy to stopniowe opisywanie poszczególnych przygód Tomka i nic poza tym, każdy tom czytałam wyjątkowo szybko i było to przyjemne zajęcie.
Cała przygoda zostaje zwieńczona ostatnim tomem, który jest naprawdę niezwykłą lekturą. Nie chcę jednak nikomu psuć wrażeń związanych z odkrywaniem rozmaitych wątków, wspomnę tylko, że historia zdecydowanie ożywia się, wszystko zostaje wyjaśnione, a sama opowieść nabiera nieco poważniejszych barw niż poprzednie części i zamienia się w...thriller?
Ostatecznie, to sprawne połączenie science fiction z historią i przygodą. Nie ma wielu zgrzytów, natomiast pozostaje miłe wrażenie, że przeczytało się lekturę taką jak kiedyś, jak w podstawówce. Nie chodzi o dziecinny poziom, ale o dobór bohatera, który jest nastolatkiem, a nie supermanem z dwurakiem w ręku. Całość dopełniona jest przyjemną dozą humoru pana Pilipiuka i smaczkami, jak np. wnuczkiem Jakuba Wędrowycza. Polecam każdemu, kto nie upiera się na konwencjonalną fantastykę (konfesjonalną, jak to by powiedział Yarpen) i ma ochotę wciągnąć się w podróż do przeszłości.

środa, 24 sierpnia 2011

"Wampir Lestat" Anne Rice

Wampir Lestat przebudzony w 1984 roku, a zrodzony w wieku XVIII postanawia opowiedzieć światu swoją historię, a także historię swego gatunku w autobiografii. Ujawnianie swojego imienia, imion swoich pobratymców i prawdy o wampirach jest zabronione. Mimo to, Lestat ochoczo spisuje swoje życie od śmiertelnika po silnego, starszego wampira.

Od razu można się zorientować, że nie jest to książka dla nastolatek zakochanych w miłych wampirkach z powieści Stephenie Meyer. W tej powieści wampiry są prawdziwe, straszne, są stałym złem tego świata. Anne Rice z umiejętnością przedstawia konflikty moralne podłego gatunku, jego słabości, a także nikczemność. Między kartami poznajemy też historię wampira Armanda i wampira Mariusa żyjącego już tysiąc osiemset lat.
W głównej mierze powieść składa się z refleksji i osobistych konfliktów wewnętrznych i zewnętrznych tytułowego Lestata, który jako wampir, zadaje sobie wiele pytań i rodzi się w nim wiele rozterek - dlaczego wampiry istnieją, jak powstały, czemu ma to służyć, jak wampir może pozbyć się swojej samotności? Wszystko to przesiąknięte jest filozofią, a wiele pytań bohatera można odnieść do współczesności, mogą to być przemyślenia zwykłego człowieka. Bohaterowie Rice to wielkie indywidualności o unikalnych cechach charakteru. Sama postać Lestata jest zarysowana niesamowicie wyraźnie i można rozrysować jego dokładny portret psychologiczny. Podobnie jest z innymi bohaterami, z którymi spotykamy się w książce na dłużej.

Fabuła nie jest przesycona akcją, typowo strasznych czy demonicznych scen w obrębie ponad sześciuset stron nie ma wiele, ale jeśli już się pojawiają, bardzo oddziałują na wyobraźnię, są wyraziste. Małym mankamentem jest to, że tej akcji faktycznie trochę brakuje. Szkoda, bo widać, że autorka potrafi opisywać intensywne przeżycia i wydarzenia. Lestat podróżuje, zmienia otoczenie, ale autorka skupia się głównie na jego przemyśleniach bądź wspomnieniach i zwyczajach istot, które spotyka. To on jest tu najważniejszy i to co dzieje się w nim, inne wydarzenia są przesunięte na nieco dalszy plan.
Mimo tego, przy Lestacie nie można się nudzić. Jego postać jest tak intensywna, charakterystyczna i wyrazista, że od pierwszych stron zaczynamy się z nim utożsamiać i przeżywać. Wampir, mimo, że posiada pewną wrażliwość na piękno, jest w istocie potworem. Myślę, że to wspaniała lektura dla osób zdegustowanych uroczymi stworzonkami Meyer. Przy okazji książka nie jest zwykłą historyjką, ale zawiera wiele zagadnień ukrytych między wierszami.

Dam Lestatowi 9/10 . Korekta była dość sprawna, choć można uświadczyć kilka literówek. Nie mniej jednak otrzymałam wspaniałą opowieść o wampirach nie tchnącą nudą, różem i cukierkowością. Postać Lestata jest na swój sposób tragiczna, niezwykła, warta poznania. Życzyłabym innym pisarzom podobnej umiejętności rysowania charakterów bohaterom.

czwartek, 18 sierpnia 2011

"Lepszy" Waldemar Łysiak

Waldemar Łysiak jest pisarzem wspaniałym. Pisarz wspaniały charakteryzuje się tym, że dobrze operuje słowem, słowo to jest jego bronią, którą fechtuje jak mistrz. Mistrz ironii na przykład.
"Lepszy" jest zbiorem rozmaitych refleksji owego pisarza na temat cenzury, walki z ograniczeniami komunistycznego rządu i jego własnych przeżyć związanych z tamtymi czasami ucisku. Książka została wydana już w czasie, kiedy odbywały się wolne wybory, ale i tak to czasy dość zamierzchłe. Mi było dane jednak przeczytać ją dopiero teraz, właściwie jej pierwsze wydanie.
Można by nazwać to zbiorem wspomnień, gdyby nie to, że refleksje pana Łysiaka są jednocześnie parenetyczne. W książce znajduje się np. wyjątkowa i kontrowersyjna opinia na temat kolonializmu czy obecnej i modnej do dzisiaj działalności dobroczynnej. Mimo, że większość kart zawiera odniesienia do walki z cenzurą i szczegółowe opisy trików, jakimi pisarz posługiwał się, by oszukać tytułowego "Lepszego", możemy znaleźć liczne odniesienia do czasów dzisiejszych. Autor celnie wieszczy przyszłość Polsce, która tyle lat trwała w zacofaniu przez swoją fatalną przyszłość.
Tekst Łysiaka czyta się wyjątkowo dobrze, ponieważ posługuje się on swoim charakterystycznym stylem, wprowadzając język potoczny w adekwatnym do tego momencie i ironizując w bardzo niewybredny sposób. Krytyka autora odnośnie rozmaitych osób, zachowań, postaw, jest kulturalna, a zarazem - wywołująca na twarzy czytającego wielki uśmiech. Mimo, że tekst zawiera wiele informacji o datach, okolicznościach wydarzeń i opisów prywatnych sytuacji z życia pisarza, czyta się go szybko i bardzo przyjemnie. Łysiak umie zachęcić czytelnika, by dowiadywał się więcej, czytał dalej, poznawał kolejne strony.
"Lepszego" mogę polecić ze swojej strony również dlatego, że to malutkie kompendium wiedzy o czasach komunizmu w Polsce. Zawiera wiele ciekawostek o zwyczajach, zachowaniach i wydarzeniach, a wszystko podane jest lekko i przyjemnie, a nie jako sucha historyczna wiedza. Książka powinna więc być czytana przez osoby, które mają czarną dziurę w wiedzy w tym miejscu, a chcą ja bezboleśnie nabyć choćby dla samej informacji. Tym bardziej, że znajdują się tam, jak wspominałam, opisy prywatnych wydarzeń z życia pana Łysiaka, miejscami zabawnych i ciekawych, choć ten rodzaj "zabawności" to na swój sposób groteska.
Dla osób, które za komunizmu żyły, lektura będzie zbiorem wspomnień i uśmiechów (mimo wszystko) do przeszłości dzięki oryginalnym komentarzom autora odnośnie zjawisk takich jak "pielęgniarze", wspaniałe sklepy z wędlinami w siedzibie partii, wielcy uciekinierzy i bezmyślni fani zachodu itd.
Zastanawiają mnie kiepskie oceny wystawiane na lubimyczytać.pl .Być może dlatego, że nie jest to powieść fabularna, tylko delikatnie chaotyczny zbiór refleksji i wspomnień. Mimo to, dalej jest to ten styl pisania i ostry język, oraz garstka wiedzy. Gdybym miała wprowadzić tu jakąś skalę ocen, dałabym 8/10.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Prawda

Notka o charakterze bardziej osobistym.

Od małego były mi wpajane pewne konkretne zasady oparte bardzo często na chrześcijańskiej moralności. Zawsze miałam z tym pewien problem, jak i z wiarą, ponieważ moi rodzice nie wierzyli,a przynajmniej nie praktykowali. Raczej skierowani byli w stronę ateizmu/agnostycyzmu, tak wynikało z mojej obserwacji. Tym bardziej nie utwierdzały mnie w wierze ich słowa, że sakramenty "powinnam mieć" z przyczyn ewidentnie praktycznych. Moja niewiara w chrześcijańskiego boga nie wzięła się też od nich, bo mimo wszystko jako dzieciak byłam prowadzona przez rozmaitych członków rodziny do kościoła i w czasach przed podstawówką robiłam to nawet chętnie. Nie brakowało mi wzorca. Ja po prostu wiedziałam, że to wszystko nie zgadza się mi z czymś i zalatuje bredniami. Nie żebym pragnęła tu kogokolwiek raczyć złym słowem odnośnie jego boga, ale takie były i są moje subiektywne odczucia. Dlaczego? To bardzo proste, właściwie dość pospolite. Głównie przez służalczość człowieka propagowaną przez Kościół, przez ograniczenie torów myślowych. Już jako małe dziecko uważałam, że "wybór" dawany przez chrześcijańskiego boga jest w istocie wyborem pozornym. Czy nazwiecie to prawdziwym, wolnym wyborem i wolą, jeśli ktoś przystawi wam lufę do głowy i powie - jeśli będziesz moim bezwolnym golemem i będziesz mi służył, nie strzelę. Jeśli odmówisz i będziesz miał własne zdanie na ten temat, giniesz w cierpieniu i nie czeka cię już nic dobrego. Nie wierzyłam nigdy, że może istnieć DOBRY bóg, u którego można popaść w niełaskę przez omijanie wielkich kamiennych twierdz, w których odśpiewywane są w kółko te same pochwalne hymny, a ludzie skierowywani są na jeden słuszny tor myślenia, zaś wszelki krytycyzm to błądzenie, wszelka wolna myśl wykształcona przez indywidualizm - grzech wobec jedynej słusznej prawdy. To zalatuje jakimś bardzo brzydkim totalitaryzmem. Nie myśl, nie poddawaj krytyce - a będziesz bezpieczny. Bo o to  tu chodzi, o poczucie bezpieczeństwa i nadzieję na to, że jak będziemy bezwolni i pokorni, to dostaniemy nagrodę. O tak, system kary i nagrody wyuczony od najmniejszego chodził tutaj za człowiekiem krok w krok mówiąc, że wolna myśl, odmienne zdanie, zostanie kiedyś ukarane. Skoro jako dziecko wyczuwałam fałsz, w całej swojej dziecięcej niewinności i braku świadomości "mody na ateizm", to coś musi być nie tak. Do tego doszły kolejne sprzeczności, już w szkole, kiedy okazało się, że ta świetlista wiara ma na swoim koncie litry ludzkiej krwi.
Ateizm również do mnie nie przemawiał. Mimo tego, że nie wzbraniał niczego, ateista mógł się rozwijać, mógł myśleć krytycznie, mógł mówić "nie" i miał pewną dowolność w postępowaniu - nie przemawiał do mnie, ponieważ od zawsze wyczuwałam też wyższą energię, która między nami krąży. Niebo nie mogło być puste (to cytat, nie wierzę w "niebo"), od małego miałam przeświadczenie, że jednak "coś" jest między nami. Coś, co daje nam dowolność działania, a nie jest jednym punktem w nieokreślonej przestrzeni, który strzeże dobra, bo jednak mamy śmierć, cierpienie, wojny, choroby. Ale to coś jest i czułam to, wiele ludzi czuje.
Ostatnio popadłam w pewien stan rezygnacji z poszukiwań. LaVey wydał mi się bredniami, zdecydowanie przesadzonymi. Ogólnie inne teorie miały w sobie wiele przesady i nieciekawe założenia. Uznałam więc, że jak na tę chwilę, pozostanę po prostu przy swojej teorii sprawiedliwości, moralności, przy mojej "normie" itd. Nawinął mi się jednak ciekawy temat pt. Satanizm duchowy. Jestem dopiero w przedsionku zdobywania informacji i zastanowień na ten temat, ale jak na razie wszystko brzmi jak idealne zaprzeczenie głupoty, niewolnictwa, i czczych bajek o złym diabełku, który smaży ludzi (litości, gdyby szatan karał złych ludzi, to byłaby ewidentna współpraca z bogiem - karałby w końcu posłusznych sobie - kto to w ogóle wymyślił?). Ktoś może powiedzieć, że to usilna próba znalezienia czegoś, czegokolwiek, bo człowiek ma potrzebę wiary. Zaprzeczę temu, mówiąc, że człowiek zwyczajnie czuje coś, ale nie wie jak to nazwać, więc "wierzy" w konkretną wersję tego, co odczuwa duszą. O ile bardziej logiczna i prawdopodobna jest wersja o energii, wewnętrznej mocy, potencjale człowieka, wersja o jego zarodku boskim i o bogach nie wzbraniających myślicielstwa i krytycyzmu (nie krytykanctwa!) od  wielkiej baśni o aniołach, demonach, która jest co dzień obalana (Zeitgeist, piękny film, polecam).
Zastanawiam się, ilu katolików czuje w sobie tę sprzeczność i pada na kolana tylko z przyzwyczajenia, czy też potrzeby podpisania się pod czymś, co robią wszyscy by być w normie, w szarej masie. Ilu ludzi wpisanych w rejestry kościelne to osoby popychane do wpisania się w te rejestry przez rodziców, którzy widzieli pragmatyczność sakramentów, ale nie wierzyli w nie. Ilu w końcu robi to ze strachu i wielkiej potrzeby bezpieczeństwa, uczucia, że są chronieni, uczucia, że są we wspólnocie gdzie wszyscy są dobrzy i równi (to może być świetnym pocieszeniem dla głupiego, prawda? Równości nie ma, patrząc choćby po zdolnościach z którymi się rodzimy). Ja natomiast wolę szukać prawdy, czegoś, w co naprawdę uwierzę, bo nie będzie przeczyło człowieczeństwu, gniotło i obrażało inteligencji, ograniczało wolności i wzbraniało myślenia. Nie nakłaniało do słabości. I nikt nie nazwie tego chyba "złem" za które można skazać kogoś na nieskończone cierpienia..