czwartek, 30 maja 2013

Bajki o śmierci i Babie Jadze - recenzja "Śmierciowiska" Anny Głomb

Świat dotknęła zagłada. Nie meteoryt, nie wojny nuklearne, nie topniejące lodowce – wystarczyła Epidemia, aby cały glob pokrył się opuszczonymi miastami pełnymi ludzkich kości, bezimiennych grobów, stosów zapomnianych szczotek do włosów, książek, ubrań z których już nikt nie skorzysta. Biologiczny kataklizm przetrwała zaledwie garstka ludzi porozsiewana po różnych rewirach Ziemi. Czy tytułowym Śmierciowiskiem jest więc cała planeta? Autorka zabiera nas w dużo mniejszy wymiar, wymiar spokojnej wsi, w której wszyscy się znają, wspólnie kopią ziemniaki, zbierają owoce z sadów i grabią jesienne liście z podwórek. Czas poznać zaściankową, hermetyczną społeczność po apokalipsie.

Główną bohaterką tej tajemniczej powieści jest Dorota, córka bajarza i alkoholika oraz niestabilnej emocjonalnie znachorki. Jej życie jest nudne i monotonne jak wszystkich w wiosce, do czasu gdy w okolicy zaczynają ginąć ludzie. W niewyjaśnionych okolicznościach umierają Ci, którym dziewczyna życzyła śmierci w dawnych latach. Las wokół zaczyna żyć swoim życiem, na horyzoncie przelatują wieczorną porą stwory z koszmarów. Granica między snem a jawą powoli się zaciera, pochłaniając Dorotę oraz jej współtowarzyszy coraz bardziej i zmuszając ich do niebezpiecznej gry z nieznanym.


Trudno określić nurt, w jaki można by wpisać tę właśnie powieść. Można w niej znaleźć odrobinę wszystkiego, co daje złożony, pełen ponurych, lecz intrygujących barw obraz przywodzący na myśl Króla Olch Goethego. Przywołanie autora jest nieprzypadkowe, gdyż Głomb zostawia czytelnikowi tropy w postaci różnych tekstów i skojarzeń, głównie z niezwykłymi opowieściami, mitami i bajkami. W każdym zakamarku książki czają się też rozmaite detale budujące charakterystyczny dla Śmierciowiska nastrój, oniryczny, pełen świstów nieznanego pochodzenia i skrzypienia drzwi w środku nocy. Nie jest to jednak konwencjonalny horror, autorka do ostatniej strony dba o ominięcie gatunkowych szufladek.

Poza niezwykłym uczuciem, jakie powodują obrazy wywołane w tekście, nie można też odmówić historii Doroty pewnej głębi. Pisarka zatopiła się w temacie ciemnoty zaściankowej społeczności, ale też relacji między dziećmi, a ich rodzicami, problemie zawiści i antagonistycznego nastawienia do świata. Postacie żyjące w wiosce są niebanalne, a związki między nimi wyraźnie nakreślone. Wszystko to pięknie współgra z tajemnicą i urzekającym lasem, w którym drzewa żyją, ścieżki zmieniają swój bieg, a po nich kroczą mityczne postacie budzące niekiedy odrazę i uczucie obcości.

Odwoływanie się do Goethego i innych literackich dzieł aż prosi się o poprowadzenie tej historii równie pięknym językiem. Niestety w tej materii można się nieco zawieść. Jest magicznie, ale tylko w sferze skojarzeń i wywoływanych emocji. Poza tym nie można wzdychać nad kunsztem literackim, który byłby świetnym uzupełnieniem i na pewno podniósłby tekst na wyższy poziom. Uwierająca jest też kwestia zbyt mało zaakcentowanych momentów dominujących fabuły. Toczy się ona równie wolno jak życie w wiosce ocalałej po wyginięciu znacznej części ludzkości, ale aż prosi się o coś bardziej wyrazistego, dzięki czemu można byłoby zachłysnąć się historią i poczuć szybszy bieg krwi. Tu również zabrakło tej iskierki. Malowniczość i senność ciągnie się za czytającym w każdym rozdziale, co pozostawia uczucie niedosytu. Z takim też kończy się lekturę Śmierciowiska, aczkolwiek nie jest ono silne i nie powinno u nikogo spowodować frustracji. Brak fajerwerków jest znamienny dla całej akcji książki i sposobu prowadzenia narracji.


Śmierciowisko jest lekturą o wyjątkowym charakterze i nie można pomylić jej z innym tekstem, chyba, że komuś przyjdzie na myśl coś równie onirycznego, osadzonego pomiędzy mitem, snem i rzeczywistością. Połączenie tego z planetą prawie wymarłą, pełną zgliszczy cywilizacji dało efekt magiczny i przyciągający. Zawiedzeni mogą być wielbiciele zawrotnej akcji, szczęśliwych romansów oraz emocji zapierających dech w piersiach. Ci, którzy wolą jednak sami sobie dopowiedzieć i domyślić się czegoś, płynąć wraz z wyobraźnią pisarki i poczuć coś ulotnego, a zarazem dobrze znanego niczym stare baśni, śmiało mogą otworzyć Śmierciowisko i dać się ponieść magii słowa.

________________________________________________________________________________

W ramach ogłoszeń parafialnych - pojawi się też recenzja "Mein kampf - biografia książki" Antoine Vitkine'a oraz "Sekretnej księgi Dantego" Fiorettiego. Wkrótce :) Z gier nadchodzi zbiór wrażeń z Dungeon Siege III.

wtorek, 28 maja 2013

Magia powrotów, koniec współpracy etc.

I znowu przychodzi mi napisać posta o tym, jak to mnie długo nie było. Matura już za mną i mam nadzieję, że jest tak w istocie i nie czeka mnie poprawianie chemii i biologii za rok. Do rzeczy jednak. Blog wraca do życia z uwagi na czas, którym nareszcie dysponuję (i przyznaję, że to prawdziwie dziwne uczucie po roku ciągłej świadomości obecności wiszących nad głową obowiązków maturzysty...), lecz wraca w nieco odmienionej formie. Dlaczego? Przez ostatni rok miałam okazję współpracować z portalem Gildia.pl. Była to współpraca w miłej atmosferze i wiązała się ze stosami książek do przeczytania, lecz została przeze mnie zakończona. Mimo dotarcia do momentu, który mi się kiedyś marzył - pisania dla większego portalu, utraciłam część radości z czytania. Ograniczenia czasowe skazały mnie na pochłanianie wyłącznie egzemplarzy recenzyjnych, zaś książki kupowane "za własne", związane z moimi zainteresowaniami leżały odłogiem. Recenzowanie wiąże się też z pewnego rodzaju obowiązkiem - skoro należy się do redakcji, powinno się jednak pokazać tu i tam, wysłać parę tekstów, przy okazji mieszcząc się w czasie. Jaki to ma związek z tą stroną? Ano, po pewnym czasie odkryłam, że nie bawi mnie już ta forma recenzyjna, jaka obowiązywała choćby na wspomnianym portalu. Taki tryb pisania stracił dla mnie urok i doprowadził do konkluzji, że to nie to. Od tej pory zamieszczane przeze mnie teksty będą mogły być zarówno recenzjami, jak i luźnymi zbiorami wrażeń. Co więcej, nie tylko książkom przyjdzie się tu pojawiać, bowiem jako zapalony gracz (formy żeńskiej chyba tworzyć nawet nie chcę...) zamierzam napisać to i owo o paru produkcjach, uraczyć odwiedzających moimi screenami, wspomnieć o kilku newsach. Czy będzie więcej o grach czy o książkach - trudno jest określić, bowiem zależy to od mojej inwencji twórczej i chęci.
To wszystko nie przekreśla mojej współpracy z kimkolwiek, lecz z pewnością ewentualne oferty będę rozważać już na spokojnie, zaś sama przerzucę się raczej na free lancera ;)

Czas na jakieś konkrety w tym poście. Na pewno w kolejce do pojawienia się tutaj czekają takie pozycje literackie jak:
Rękopis znaleziony w smoczej jaskini A.Sapkowskiego
Kroniki Czarnej Kompanii Glena Cooka
Niebo ze stali  R.Wegnera
Pan Lodowego Ogrodu t.4 (być może pojawi się później, wraz z poprzednimi częściami serii gdyż planuję powtórkę cyklu) J. Grzędowicza
Korona ze śniegu i krwi E. Cherezińskiej
Pasja według Einara j.w.
Trzy młode pieśni j.w.
Starcie królów sami wiecie kogo :)


To teraz sobie tylko wyobraźcie, że to wszystko czekało na mnie rok czasu i kurzyło się na półce, zastępowane chemią, biologią i egzemplarzami od portalu :)
Oto linki do książek, które znalazły się w stosie z lutego, a recenzje nie zostały zamieszczone na blogu

Recenzja Śmierciowiska Anny Głomb pojawi się w starej formie, jako że tekst nie doczekał się publikacji na portalu... Ponownie będzie z Życiem Pi.

Tym miłym akcentem pozdrawiam wszystkich, którzy się tu jeszcze pojawiają i mam nadzieję, że czeka mnie  tu jeszcze wiele czasu spędzonego na kleceniu tekstów, tym razem już z przyjemnością :)

niedziela, 20 stycznia 2013

"Zbuntowana" Veronica Roth


wydawnictwo: Amber
miejsce wydania: Warszawa
liczba stron: 384
oprawa: miękka
cena z okładki: 37,80 zł
ocena: 6/10

Są takie książki, które powielają schematy, trzymają poziom brazylijskiego serialu, nie ma w nich nic innowacyjnego i w dodatku zawierają mdlącą wkładkę – historię jakiegoś nastoletniego romansu. A mimo tych wszystkich wad czyta się je jednym tchem, przerzuca się kartki by dowiedzieć się, co dalej i kończy się z wypiekami na twarzy. Mają jakiś niezidentyfikowany czynnik, który pociąga za sobą i pochłania czytającego, zazwyczaj emocjonalny i dość prosty, a jednak chwytający za serce. Veronica Roth jest autorką takich właśnie książek – skierowanych do nastolatków, pełnych akcji, skrajnych emocji, z nutą nierzeczywistości.

„Zbuntowana” to już drugi tom przygód młodej Beatrice żyjącej w świecie podzielonym na frakcje – Serdeczność, Nieustraszoność, Erudycję, Prawość i Altruizm. Każda z nich cechuje się określonym wzorcem zachowania i funkcją pełnioną w całej społeczności. W tej części rozpoczynamy przygodę od momentu, kiedy równowaga idealnego systemu uległa zachwianiu. Życie Beatrice nabrało tempa, stała się ważnym członkiem Nieustraszoności, a jej Niezgodność (niedopasowanie do schematów frakcji) kartą przetargową w konflikcie. Jednocześnie jej życie prywatne powoli zamienia się w ruinę, podkopywane przez wir wydarzeń i skrajne emocje targające dorastającą dziewczyną. Komu i czemu służyć – frakcji, własnym emocjom, ogólnemu dobru, prawdzie, rozwijającej się miłości, rodzinie? Ten tom rozwinie odpowiedź na to pytanie, jednocześnie ukazując dalsze losy świata, który zaczyna się przeistaczać w coś zupełnie nowego.

Mając do czynienia z powieścią dla nastolatków (głównie dla płci żeńskiej) nie można oczekiwać objawienia – sam tytuł daje już znać, że na pomysłowość i odkrywczość liczyć nie ma co. Główna bohaterka faktycznie jest zbuntowana, tak bardzo, że miejscami zaczyna to być naprawdę irytujące i sprawia, że omija się akapity, w których Beatrice daje popis infantylności i zachowania godnego rozpieszczonego, niewychowanego bachora. Co gorsza, takie epizody robią wrażenie w jej otoczeniu i bywają skuteczne. Uwagę od temu podobnych smaczków odciąga natomiast intensywna akcja. Powieść nie jest głęboka, porusza powierzchownie tematy przywiązania, lojalności, przyjaźni, miłości, moralności, ale to właśnie nieprzerwana, pełna nagłych zwrotów akcja jest tym, na co autorka położyła nacisk. Taki wybór sprawia, że lektura wciąga i jest tak naprawdę pozycją na parę wieczorów – rozrywkową, łatwą i przyjemną.

Samo uniwersum, wpasowujące się kreacją w dystopijne wizje, ostatnio dość modne wśród literatów, jest kolejnym plusem „Zbuntowanej” i jej poprzedniczki, „Niezgodnej”. Mimo tego, że zasady, na których pisarka oparła stworzony świat nieco zalatują sztucznością i brakiem realizmu, nadają wszystkiemu przejrzystości i dobrze komponują się z całą fabułą – nie są tylko tłem, ale jednym z wielu zmiennych elementów, ewoluujących wraz z biegiem wydarzeń.

„Zbuntowana” jest udaną kontynuacją poprzedniego tomu i każdy, kto znalazł odrobinę przyjemności w zatapianiu się w życiu emocjonalnym młodej Beatrice i jej świecie, na pewno nie będzie zawiedziony, wręcz przeciwnie – czeka go kolejne kilkaset stron dobrej zabawy. Spotkanie z serią Veroniki Roth to oglądanie obrazu, który w całości jest dynamiczny. Każdy komponent: bohaterowie, świat, zasady, ulega zmianom, co składa się na szybkie tempo wydarzeń i rozrywkowy charakter książki. Natomiast czytelnikowi ambitnemu, szukającemu w literaturze czegoś więcej polecić można omijanie tych pozycji szerokim łukiem. Wszak jest to młodzieżówka, więc niczego poza wybuchami, romansem i dynamiką uświadczyć nie można.

czwartek, 10 stycznia 2013

Andrzej Pilipiuk "Oko jelenia I - Droga do Nidaros"

Wydawnictwo:  Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Liczba stron: 399
Oprawa: miękka 
Cena z okładki: 29,99zł
Ocena: 4/10



Z panem Pilipiukiem to jest tak, że świetnie wpasował się w nazwę swojego wydawnictwa - istna fabryka. Napisał kilka serii i oskarżony o tworzenie bezrefleksyjnych, rozrywkowych czytadeł stwierdził, że w istocie, jest to swego rodzaju produkcja, mająca na celu zachęcenie młodzieży do lektury. Ale żeby tak...? Co kto lubi, pan Pilipiuk ma niemało zwolenników. To czego nie można mu odmówić, to na pewno lekkość tworzenia historyjek, w których zawsze upchnie się coś karykaturalnego i zabawnego, dołoży się jakieś zagrożenie rodzajem zależne od świata przedstawionego i takim to sposobem ma się gotowe kilkaset stron. 

Przejdźmy do rzeczy. Mamy koniec świata i Ziemię przybywają kosmici. Ludzie świadomi tragedii rzucają się sobie do gardeł w ostatnich podrygach przed śmiercią nadciągającą z kosmosu. W tym katastrofalnym wirze wydarzeń przeciętny nauczyciel informatyki, Marek Oberech, z przeciętnego liceum postanawia, że nie wpadnie w ten bezmyślny, zwierzęcy szał i ratuje życie młodemu chłopakowi, który wpadł w tarapaty. Zdawałoby się, że po tym heroicznym wyczynie wspólnie doczekają masowej zagłady życia na planecie - ale gdzież tam! Zjawia się kosmita, który oferuje im ocalenie w zamian za służbę. Oboje zgadzają się natychmiast i trafiają...do szesnastowiecznej Norwegii. Tam gadająca łasica-kosmitka zleca nauczycielowi zadanie odnalezienia tajemniczego Oka jelenia - artefaktu niezbędnego międzygwiezdnym istotom. I tak rozpoczyna się nasza przygoda, mająca swój początek w okolicy Trondheim czyli innymi słowy - Nidaros.

Znakiem szczególnym pisarstwa autora, który dostrzec można również w Drodze do Nidaros, jest zawarcie minimum istotnej treści na maksymalnej liczbie kartek, które tworzą objętość nie odstraszającą jeszcze młodego czytelnika, ale sprawiającą wrażenie solidnej. W gruncie rzeczy i wbrew wszelkim pozorom w powieści dzieje się niewiele. Brakuje szczególnych smaczków, bohaterowie mimo interesujących historii są bezpłciowi, a samo połączenie kosmitów z Polską XXI wieku i protestancką Norwegią nie było chyba do końca trafione. Nie jest to to idealne połączenie, które zastosował choćby Grzędowicz doprowadzając do spotkania świata przyszłości i lotów kosmicznych z zapomnianą planetą, na której panuje cywilizacyjne "średniowiecze". Ciekawostki z epoki są oczywiste i mało zaskakujące, ponad to nie czuje się tej atmosfery, która jest przecież głównym atutem północnych ziem. Jak dotąd, zmarnowany potencjał, bo Norwegia jest wielkim polem dla kreatywności twórcy fantastyki, a tutaj mogłaby to być równie dobrze nadmorska wieś gdziekolwiek.

Książek Pilipiuka nie czyta się źle, jeżeli jest się cierpliwym i nie szuka się więcej poza czytadłem. Droga do Nidaros potwierdza tę tezę. Można bezboleśnie przebrnąć przez historyjkę, jest sporo akcji, która jednak niewiele znaczy dla całej fabuły. Pojawiają się nawet dwa chwilowo odrębne wątki, jednak ten drugi, niedotyczący już nauczyciela, jest jakby wepchnięty na siłę i widocznie przyda się autorowi w kolejnych częściach serii, ale w tej ma jedynie charakter zapowiedzi. Szkoda, bo wydawał się dużo bardziej sensowny, gdyby go pociągnąć. Nawet nie chcę go przywoływać, bo jest na tyle krótki, że streszczenie zdradziłoby już wszystko, co Pilipiuk w nim przedstawił. Być może to taki chwyt marketingowy - kup kolejny tom, a dowiesz się co dalej! Dowiesz się czy mi wyszło zrobić z tego interesujący wątek! Zgroza...

Ponarzekałam, myślę, że całkiem słusznie, ale być może faktycznie w kolejnych częściach cyklu pojawi się coś interesującego, jakieś historyczne wątki (nieco bardziej rozbudowane...), trochę więcej treści, a mniej rozwlekania. Mam jednak pewne obawy, że ilość tomów Oka jelenia ma ścisły związek z zaprzeczeniem tych nadziei. Póki co, poszukiwaczy niezobowiązujących czytadeł zachęcam, a zniechęcam tych, którzy liczą na coś więcej. 

środa, 9 stycznia 2013

Stos styczniowo-lutowy

Może nie jest spektakularnie, ale wyciągam na wierzch to, co w te dwa miesiące myślę, że zdołam przełknąć mimo obowiązków. Od góry:
Andrzej Pilipiuk "Oko jelenia I Droga do Nidaros" - zakup własny wieki temu, dziś prawdopodobnie przebrnę i postaram się niebawem napisać recenzję.

Jarosław Grzędowicz "Pan Lodowego Ogrodu tom 4" - zakup własny, absolutnie ubóstwiam i czyta się jak dotąd wspaniale. Jeszcze się na tym panu nie zawiodłam :)

Veronica Roth "Zbuntowana" - tom drugi dystopijnej opowieści, która często określana jest jako gorsza kopia "Igrzysk śmierci". Młodzieżówka, zresztą tytuł mówi sam za siebie... Egzemplarz od Gildii

Licia Troisi "Królestwa Nashiry : Marzenie Talithy" - egzemplarz od Gildii, ostatnio czytałam Troisi dwa lata temu i wcale nie było źle, jeśli mówimy o poziomie czytadła. Również jest to pierwsza część serii.

Anna Głomb "Śmierciowisko" - egzemplarz od Gildii, zaciekawił mnie opis i pozytywne opinie. Zobaczymy.

Julita Grodek "Ram Dass I Król Zachodnich Smoków" - egzemplarz od Gildii. Przechodząc obok tej książki w księgarni zastanawiałam się nad kupnem z uwagi na dość interesujący opis, a trafiło się szczęśliwie, że płacić nie musiałam.Wielka niewiadoma, ale mam spore nadzieje, jeśli o tę pozycję chodzi.



niedziela, 6 stycznia 2013

Pas Deltory 1-6, czyli o serii słów parę.

Jeżeli ktoś jest uważny i śledzi nowości na rynku wydawniczym, wie, że 1-6 to nie jest cała seria wyprodukowana (tego słowa używam świadomie) przez Emily Roddę. Części jest osiem, są oprawione interesującymi grafikami, niewielkie w swojej objętości, a feeria barw na okładkach i fikuśna czcionka dają Wam znać, że czeka Was niezwykła przygoda w wyjątkowo fascynującym, fantastycznym świecie. Każdy z tomów cechuje też duża czcionka jeśli chodzi o samą treść i bardzo przydatne, krótkie streszczenie tego, co wydarzyło się w poprzednich częściach. Na skrzydełkach trąbią o tym, na ile języków przetłumaczono to arcydzieło, ile milionów udało się sprzedać i co ciekawsze, wspominają o tym, jak to Roddę porównują z Rowling. Naprawdę?

Pokrótce przedstawię Wam historię stworzoną/odtworzoną przez autorkę. Deltora, kraina mlekiem i miodem płynąca, gnije powoli od środka przez działanie podstępnych wysłańców Władcy Mroku czającego się poza granicami (to na pewno nie jest Sauron...?). Wkrótce prawowity król zostaje odsunięty od władzy i ucieka, zaś pałac w Del przejmuje Władca i jego mroczne sługi. Po wielu latach od tego wydarzenia ocaleni przyjaciele rodziny królewskiej postanawiają przekazać dziedzictwo tych przeżyć swojemu potomkowi i wysyłają szesnastoletniego Liefa (a może Eragona..?) wraz z jego opiekunem, Bardą na wyprawę - muszą odzyskać siedem kamieni mocy, które, wprawione do Pasa Deltory, dadzą możliwość pokonania uzurpatora i przywrócenia na tron zaginionego następcy tronu .

Na Gildii.pl z racji obowiązku powstawała do każdego tomu osobna recenzja. Tutaj nie ma takiej potrzeby, tym bardziej, że książeczki są naprawdę niewielkie i niezbyt bogate w treść, zaś fabuła jest prosta jak budowa cepa i na tyle niewymagająca, że mogłabym z powodzeniem w paru notkach sklecić udane streszczenie szczegółowe całej serii, które prawdopodobnie nie pomijałoby niczego istotnego. Czy to oznacza, że dla Roddy nie ma nadziei? Jakaś jest... Na tyle, na ile można stwierdzić mimo tłumaczenia, pisarka ma lekkie pióro i umiejętność wymyślania chwytliwych, krótkich historyjek, które mogą zapełnić nam jedno popołudnie. Uniwersum oparte jest o wszelkie możliwe schematy znane z literatury fantasy, a sama fabuła to jeszcze bardziej tradycyjne "od zera do bohatera" plus "zły Władca Mroku uciska biedną ludność, a grupka śmiałków rusza na wyprawę aby go powstrzymać" (Drużyna Pierścienia!...Drużyna Pasa?). Jest kolorowo, jest bajkowo i przyjemnie. Czyli jak w milionach innych powieści młodzieżowych, więc niby czemu miałabym linczować jedną z wielu? Otóż jest taka jedna rzecz, która mnie wyjątkowo zniechęciła po dwóch tomach i która przyćmiewa lekki, sympatyczny świat i radosne opowiastki. Jest to uparte, niewzruszone trwanie w schemacie ukształtowanym od pierwszego tomu. Kolejne odsłony są bliźniacze w swojej strukturze. Na tyle bliźniacze, że już w trzecim tomie dokładnie wiemy, przy odrobinie spostrzegawczości, kiedy bohaterom powinie się noga, że zaraz po tym pojawi się coś, co jeszcze bardziej odbierze nadzieję, a na końcu pojawi się nieoczekiwany ratunek. Przypadkowo oczywiście. W sześciu tomach, przypadkowo. W sześciu tomach tak samo. Po czterech częściach, nieubłaganie identycznych, miałam nadzieję, że może to tylko taki wstęp do właściwego rozwinięcia akcji. Nic podobnego! Nabywając kolejny tom, mamy do czynienia z takim samym produktem, z kosmetycznymi zmianami, innym miejscem akcji, innymi postaciami pobocznymi - tak naprawdę wszystko na jedno kopyto.

Trudno w takim układzie stwierdzić, kto powinien zabierać się za takie właśnie książki. Czcionka oraz poziom języka jednoznacznie wskazują czytelnika młodszego wiekiem, który dopiero zaczyna samodzielnie poruszać się po literaturze i dokonywać własnych wyborów. Problem w tym, że moim skromnym zdaniem, dużo lepszym wyborem byłby tutaj Tolkien i jego, ostatnio przywrócony do medialnego życia, "Hobbit", a choćby i uroczy "Harry Potter". Porównanie Rowling do Roddy jest krzywdzące dla twórczyni Hogwartu - powieści Rowling napisane są ładniejszym i bardziej złożonym językiem, przede wszystkim jest to jakiś autorski pomysł i na pewno przygody młodego czarodzieja rozwijają wyobraźnię zdecydowanie znacznie intensywniej, niż ok. 150 stron każdego z tomów "Pasa Deltory". Zaznaczam, że osobiście fanką Pottera nie jestem, więc to porównanie nie jest podyktowane młodzieńczym sentymentem. Tego typu lektury dostępne są już dla ucznia czwartej klasy podstawówki, więc...być może Rodda tworzy dla jeszcze młodszych?

Jeżeli ktokolwiek z Was, skuszony czy pozytywnymi recenzjami pierwszych tomów (nawet moje były "na plus") czy pozostałych, które również są ciepło przyjmowane przez internetowych recenzentów, ma w dalszym ciągu ochotę liznąć trochę pisarstwa tej autorki - polecam poprzestanie na kilku pierwszych tomach, bądź spore zdystansowanie się do tej serii i potraktowanie jej, jak czytadła na wieczór. A przede wszystkim uzbrojenia się w wiedzę, że jest to tasiemiec złożony z bardzo podobnych "członów" i fajerwerków nie będzie. W dalszym ciągu seria stanowi jakąś alternatywę spędzania czasu, z czymś lekkim i niewymagającym. I z tym Was zostawiam, choć moja sugestia jest taka - czas jest cenny i można go spożytkować przy czymś pełniejszym, zaś Deltorę zostawmy dla dzieci i młodszego rodzeństwa - im podobna lektura może wyjść na dobre.

Zakończę czymś bardziej optymistycznym, na niedzielne popołudnie:

niedziela, 4 listopada 2012

"Pas Deltory 1# Puszcze Milczenia" Emily Rodda


Wydawnictwo: Egmont
Miejsce wydania: Warszawa
Liczba stron: 176
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena z okładki: 14,99zł
Ocena: 8/10
Recenzja dla portalu Gildia.pl


Popularność w powieściach młodzieżowych od paru lat zagarniają dla siebie wampiry i wilkołaki, wraz z czeredą innych ponadnaturalnych stworzeń. Szczęśliwie, nie każdy twórca podąża za tą ogólną tendencją i ścieżki pisarzy rozgałęziają się w stronę innych gatunków. Emily Rodda, której książki przeznaczone są dla nieco młodszych nastolatków, postanowiła przekonać swoich czytelników do dużo bardziej klasycznego fantasy, otwierając przed nimi wrota krainy pełnej czarów i zjawisk godnych bohaterskiej sagi – Deltory.

Czarowna kraina, jak to bywa w takich powieściach, nie może istnieć bez Złego, czającego się gdzieś za miedzą. Tak i tutaj, Władca Mroku pozbywa się dynastii nieudolnych prawowitych władców i przejmuje stery rządów, doprowadzając mieszkańców do jeszcze większej ruiny. Udaje się ukryć przed nim legendarny, magiczny Pas Deltory wykuty przez pierwszego króla, kowala Adina. Brakuje w nim jednak siedmiu klejnotów mocy, bez których pokonanie uzurpatora jest niemożliwe. Po latach od tych wydarzeń na ratunek Deltorze wyrusza młody syn miejskiego kowala, Lief. Wraz z kompanem Bardą udają się w niebezpieczną podróż, by odzyskać elementy pasa.

„Puszcze Milczenia” to powieść wartka i wciągająca, niewymagająca dużego zaangażowania od czytelnika. Brak tutaj długich opisów i zawikłanej fabuły. Historia jest prosta, przyjemna, pełna akcji, oparta na schematach znanych i cenionych powieści fantastycznych dla trochę starszych czytelników, więc stanowi dobrą bazę dla początkujących, którzy będą zapewne też usatysfakcjonowani niewielką objętością lektury. Odbiorca bardziej oczytany także znajdzie tu coś dla siebie, gdyż nietrudno zatopić się w magicznym świecie i dać się wciągnąć przygodom młodego Liefa. Deltora oferuje parę godzin przyjemnego oderwania się od rzeczywistości.

Właściwie trudno jest zarzucić coś pisarce, która stworzyła serię idealną dla raczkującego w sferze książek młodego człowieka. Jej powieści odniosły już sukces komercyjny w innych krajach i porównywane są do Harry’ego Pottera, choć akurat ten trop nie jest do końca słuszny. Pomysł Roddy cechuje pewna prostota i wtórność, ale na pewno jest to coś, co przyciągnie zarówno oko, jak i umysł czytelnika szukającego dla siebie niszy w morzu literatury, a nie chce porywać się od razu na kilkusetstronicowe tomiszcza Rowling czy bardziej wymagającego Tolkiena. Z czystym sumieniem można polecić tę książkę jako fantastyczny „starter” lub jako porcję magii i miecza na jeden wieczór.