Wydawnictwo Nobilis
Liczba stron: 322
Autor: Waldemar Łysiak
Rok wydania: 2011
Mamy czas tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej. Mateusz wybiera się do Niemiec do swojego wujka, który finansuje mu studia historii sztuki na prestiżowej uczelni w Germanshaven. Nagle okazuje się, że wujaszek to wielki prostak i zwolennik Hitlera, a chłopak ma być uwikłany w prohitlerowską działalność. Na swojej drodze spotyka niesamowitego kolegę Satina, który pokazuje mu świat z nowego, oryginalnego punktu widzenia i urozmaica jego życie nowymi przygodami. Czy aby na pewno to dobry przyjaciel? Jak daleko posuną się wymagania hitlerowskiego wujka wobec Mateusza, jak wysoka będzie zapłata za możliwość studiów?
Po książkę pana Łysiaka sięgnęłam po raz drugi, zachęcona świetnie napisanym "Lepszym". Tamto wydawnictwo, mimo że oparte przecież na suchych faktach i będące reporterskim niemal sprawozdaniem, bardzo mnie wciągnęło i zainteresowało oraz ukazało Łysiaka jako autora erudytę, z ogromną wiedzą i lekkim piórem. Tym bardziej nie mogłam się oprzeć najnowszej powieści tego pana. Warto zauważyć, że okładkę zdobi ten sam obraz, który zdobił Proces Franza Kafki.
Najmocniejszą stroną Satynowego magika jest tytułowy bohater - Satin Retea. Dawno nie spotkałam w książce tak dobrze skonstruowanego bohatera, z wyjątkowym rysem psychologicznym, poglądami, zwyczajami i tajemniczością sprawiającą, że mkniemy strona po stronie, by poznać nowy szczegół z życia pana Retea. Dostajemy mieszankę charyzmy, szaleństwa, obłąkania i magii, tudzież sztuczek magicznych (czy aby na pewno?). Drugim bohaterem jest wspomniany już Mateusz, który jest trafnym uosobieniem młodego człowieka w świecie, postawionego przed mnogością wyborów natury moralnej i nie tylko, zmagającego się z własną młodocianą głupotą każdego nastolatka, przeciwstawioną wymaganiom życia.
Wbrew pozorom Satynowy Magik to nie zwykła fabuła zahaczająca o historię, hitlerjugend i borykającego się z życiem nastolatka, a kompendium wiedzy plus doza filozofii i psychologii. Satin został wykorzystany przez Łysiaka jako usta oceniające ludzką naturę, zbrodniarzy historii, głupotę naszego gatunku i sławiące skrajne poglądy. Satin stawia pytania teodycei, jest wielkim prześmiewcą hekatomb ludzkiego rodzaju, a najlepsza rozrywka dla tego pana, to masowe mordowanie i cierpienie. W to wszystko wpleceni są niby ukradkiem światowi malarze, wielkie postacie historii oraz masa anegdot historycznych, tytułów dzieł pisanych, obrazów itp. itd. Łysiak pisze, Łysiak wymaga i człowiek kończy z książką na kolanie, google'ując co chwilę nowe pozycje, o których istnieniu dowiedzieć się można z książki. Autor zmusza też do weryfikacji zaskakujących informacji podawanych ustami Satina, co jest świetną grą z czytelnikiem, ponieważ Mateusz również nie wierzy w szokujące tezy kolegi i sprawdza go, wysiadując w bibliotece i weryfikując jego wypowiedzi. Nagle my też stajemy się Mateuszem i okazuje się, że my też jako czytelnicy prowadzimy polemikę z Satinem Reteą, podejrzewając go o kłamstwa. Łysiak rzuca nam hasłami, które same w sobie zmuszają do myślenia i chęci dowiedzenia się więcej.
Satynowy magik jest zbiorem wiedzy, ale też dobrze opowiedzianą historią z wątkiem kryminalnym i zagadką, której tajniki są odkrywane powoli i skrupulatnie. Podróżując po kartach powieści spotykamy mnóstwo zupełnie różnych, wiarygodnych psychologicznie postaci o własnej historii i poglądach, sprawnie uwikłanych w fabułę. Warto jednak wspomnieć, że książka może być zupełnie nieudana dla osób, które wolą wartką akcję i nie lubię rozwlekłych dialogów. Satynowy magik to wielki procent dialogów, a także dygresji zupełnie niezwiązanych z głównym wątkiem i są to głównie odniesienia właśnie do sztuki, historii jakiejś postaci, obrazów danego malarza. Jeśli ktoś nie lubi tego typu rozwiązań i oczekuje powieści z motywem fantastycznego "magika" przepełnionej przygodami rodem z Sherlocka Holmesa, może się srogo zawieść. Przygody są może i niebanalne, ale ta książka zdecydowanie oparta jest o dialog i długie wypowiedzi jednej osoby.
Jak na niebanalnego pisarza przystało, również zakończenie nie jest tradycyjne. Nie chcę zamieszczać tu spoilera, więc powiem po prostu, że na pewno nie da się go przewidzieć. Nie ono jest tu zresztą najważniejsze. Natomiast można ponarzekać na to, w jakim momencie nadeszło i jakim skrótem posłużył się pisarz. Historia leci, lecz nagle okazuje się, że to już koniec. Można mieć poczucie niedosytu i można też poczuć się delikatnie oszukanym, choć nie jest to do końca nieudany zabieg i nie pozostawia czytelnika bez efektu. Myślę, że to kwestia indywidualna, czego ktoś oczekiwać może po zakończeniu książki, która nie doczeka się żadnej kontynuacji. Ważne jest to, że po ostatniej stronie jest się pod wrażeniem.
W mojej ocenie Satynowy magik zasłużył sobie na 9/10. Nie w kategorii "niesamowite historie", bo sądzę, że nie do końca tak powinno się traktować tę powieść. To karykaturalna ocena człowieka w świecie, również karykatura komentarza do wydarzeń z 1938 roku. Jest to też kawał dobrze napisanej książki, z ciekawymi wątkami i zapadającymi w pamięć bohaterami i miejscami. Polecam zdecydowanie!
sobota, 17 grudnia 2011
piątek, 9 grudnia 2011
Stosik pomikołajkowy
Myślę że sporo widać ;)
1) Córka carycy Erickson, spontanicznie chwycona kiedyś w empiku książka, okraszona przy mojej znajomej komentarzem "to może być naprawdę fajne" co zostało potem wykorzystane przy robieniu mi prezentu mikołajkowego :)
2) Bohun Jacka Komudy. Uwielbiam historię, i uwielbiam jej wariacje i przeinaczenia kosztem świetnej rozrywki i lektury, a tu również tematyka w zakresie moich ulubionych :) Poza tym tyle razy obiecywałam sobie, że zapoznam się z panem Komudą, że wypadało. Prezent mikołajkowy od taty.
3) Na Syberię Per Petterson - mam dziwny instynkt odnośnie wybierania książek (choć ta również była prezentem, ale świadomie wskazanym) i kiedy ten instynkt działa, to podświadomie stwierdzam, że coś mi się spodoba. I zazwyczaj się nie zawodzę, a tu mamy wojenne tło, a i historia wydaje się być intrygująca.
4) Listy z pudełka Ann Kirschner - znowu druga wojna światowa, tym razem prezent gratisowy od babci, który mnie bardzo ucieszył. Ciężka tematyka owinięta wokół holocaustu, ale uważam takie lektury za bardzo cenne lekcje.
5) Dziewczyny wojenne Łukasz Modelski - zawsze fascynowała mnie tematyka silnych kobiet (dla przykładu Saga Sigrun czy też Ja jestem Halderd naszej rodzimej Ewy Cherezińskiej), a tutaj mamy autentyczne opisy z czasów wojny takich właśnie przypadków. Zobaczyłam i stwierdziłam "muszę poznać te historie, bo inaczej będzie to ignorancja". Mikołajkowo również.
środa, 7 grudnia 2011
"Chłopaki Anansiego" Neil Gaiman
Zapuściłam się z tym blogiem okropnie, ale to przez nakład biologicznych, chemicznych i matematycznych zagwozdek, których mam szczerze, ale to szczerze dość.
Po Neila Gaimana sięgnęłam zachęcona przychylnymi opiniami na temat autora, ciekawymi okładkami jak na mój dziwny zmysł estetyczny, co sprawiło, że w mojej kolekcji znaleźli się Amerykańscy bogowie oraz Chłopaki Anansiego. Nie byłam jednak przygotowana na dozę abstrakcji fundowaną przez Gaimana.
Lądujemy we współczesnym Londynie, gdzie Gruby Charlie zaczyna snuć swoją historię. Z początku wszystko zaczyna się sielsko i prozaicznie. Gruby Charlie, który tak naprawdę nie jest gruby, niedługo bierze ślub ze swoją narzeczoną Rosie. Dziewczyna mimo ostrych protestów Charliego postanawia zaprosić na ślub ekscentrycznego ojca mężczyzny i zmusza go do wykonania w tym celu telefonu do rodzinnego USA. Charlie dowiaduje się o dziwnej śmierci ojca. Tuż po tym leci na pogrzeb, po którym zostaje uraczony wiedzą, jakoby jego ojciec był afrykańskim bóstwem Anansim, który miał jeszcze drugie dziecko - brata Charliego, który został wygnany przez staruszkę z osiedla... Coś tu się nie zgadza?
Chłopaki Anansiego to książka, którą trudno sklasyfikować. Stoi dumnie na półce z fantastyką w sklepach, bo bez wątpienia, fantazji jest tu sporo, choć tak naprawdę nie wiadomo z czym mamy do czynienia. Jesteśmy wciągnięci w wir wydarzeń zupełnie niemożliwych do wytłumaczenia, w pewnym sensie bawiących też absurdem. Im dalej jednak, tym granice między światem rzeczywistym a irracjonalnym się zacierają i można zacząć skupiać się na losach bohaterów. Przestaje dziwić to, że w Londynie za oknami widać wodospady i egzotyczne ptactwo, a półbóg chodzi i czaruje ludzi dookoła, nie bacząc na straty moralne swojego własnego brata. To właśnie wokół tego pana skupia się cała historia, właściwie wokół rodzeństwa, które miesza nam dwa wymiary w jeden.
Zdecydowanym plusem Chłopaków jest nietuzinkowość i oryginalność świata. Afrykańscy bogowie, duchy, pakty z wrogami boga-małpy. To wszystko zmiksowane z prozaicznością codziennego życia przeciętnego faceta, w którego życie wkradają się wszystkie te cuda. Postacie Gaimana są różnorodne i bardzo wiarygodne. W drugiej połowie książki pojawiają się też ciekawe smaczki, które zmieniają charakter i wydźwięk całej historii, ale tych nie zdradzę, bo byłby to już nieciekawy spoiler. Niestety, właśnie dopiero od połowy, a najbardziej przy końcu, książka zaczyna faktycznie wciągać. Jest to po części wina tego, że z początku jako bohatera mamy człowieka tak bezpłciowego, nudnego (choć to celowy zamysł), że jego losy w oczywisty sposób są nam obojętne. Dopiero gdy na arenę wkracza więcej postaci, a sam Charlie zaczyna się zmieniać, stajemy się zaabsorbowani biegiem wydarzeń.
Zdawałoby się, że brak możliwości zaszufladkowania to zaleta pełną gębą. Tym razem jednak waham się co do jasnego określenia jak to ocenić. Książkę skończyłam w październiku i szczerze mówiąc nie zapadła mi bardzo w pamięć. Dobrze się czytało, było nadzwyczajnie, ale w efekcie nie zauważyłam jakiegoś wyraźnego charakteru tej opowieści. Jest tu i trochę grozy, i trochę zwykłej obyczajowości, nieco fantastyki powiązanej z ciekawymi bogami, ale sumując to wszystko, dostajemy raczej niezorientowane "Coś", co daje miłe wrażenie końcowe, ale nie powala. Żałuję, że Gaiman nie pociągnął wątku bogów, bo ten był naprawdę dobry. Można powiedzieć, że w książce są też smaczki psychologiczne, ale tak po prawdzie, jak chcę prawdziwej psychologii to kupuję o tym książkę, albo Charaktery. Motyw rodzeństwa nie wydał mi się specjalnie błyskotliwy.
Neil Gaiman bez wątpienia jest dobrym pisarzem i wymyśla wyjątkowe historie. W tym przypadku obawiam się jednak, że ponad tę porywającą i niespotykaną historię nic więcej nie ma. Nie ma zatrzymania oddechu, nie ma pożerania stron dziesiątkami. To zwyczajnie dobrze czytająca się powieść z nutą oryginalności w dobie ciągłych wariacji wampiryzmu, science fiction, fantasy i angel fantasy. Polecam osobom, które potrzebują chwili relaksu przy właśnie takiej opowieści lub chcą zapoznać się z takim książkowym dziwadłem.
sobota, 12 listopada 2011
"Lot nocnych jastrzębi"
Tymczasem pod opiekę syna Puga, przewodniczącego Konklawe, trafia dwóch poczciwych wyrostków, którzy nie mogli znaleźć sobie miejsca w świecie. Bieg wydarzeń sprawia, że zamiast terminować u kowali czy bednarzy, stają się pomocnikami magów Konklawe Cieni.
Wszystko zaczyna się pompatycznie, schematycznie i bez zaskoczenia. Mamy dwie osoby, które z nikogo przeskoczyły do rangi pomocników wielkich magów, jak zwykle drogą przypadku, wyszkoleni przez wykwalifikowanych mistrzów. Mamy strony dobrą i złą, a świat jest jednoznaczny, czarno-biały do przesady. Szlachetne Konklawe Cieni, w którym zasiadają sami szlachetni ludzie o szlachetnych usposobieniach i złego Leso Varena i Gildię, który posługuje się złą do cna magią i jest zły. Tak można skwitować konflikt przedstawiony w książce Feista, posługując się pewnym skrótem.
Nie można powiedzieć, że Feist nie umie pisać, bo sama historia nie jest zła, aczkolwiek za adresata postawiłabym tutaj osoby czytające książki Trudi Canavan czy Paoliniego, z tą różnicą że Feist jest jednak trzy razy lepszy. Wszystko odbywa się bardzo klasycznie - magia, wojownicy, od zera do bohatera i mamy też akcent polityki dynastycznej. Feist zawarł również wiele pytań i zagadek, ale niestety źle podane, zupełnie nie intrygują i nie podnoszą ciśnienia czytającemu. Jest tak między innymi dlatego, że bohaterowie poza jednym (magiem Nakorem) są nijacy, nie mają wyjątkowych cech, a ich charaktery są oczywiste. Trudno przejmować się losami postaci, która jest szara i znika w morzu podobnych sobie. Konklawe Cieni i ich sprzymierzeńcy są szlachetni do szpiku kości, bezinteresowni i wspaniałomyślni. Odstępstwem od tej reguły jest mag Nakor, którego można nazwać postacią barwną, tajemniczą i mniej jednoznaczną. Nie pojawia się on jednak na tyle często, by przełknąć bezpłciowość całej reszty.
Błędem Feista było zupełne pominięcie wprowadzenia czytelnika w świat Gildii Śmierci. Wiemy jedynie, że takowa istnieje, ma mroczną nazwę i są w niej ludzie ubrani na czarno, którzy oczywiście mają dużo sprytu i kryją się w cieniu nocy (swoją drogą to samo co u Canavan - gildia osiadła w kanałach). Mimo rozwodzenia się bohaterów nad niezwykłymi umiejętnościami morderczymi Nocnych Jastrzębi, zabójcy chętnie i łatwo giną pod mieczami bohaterów "jasnej strony mocy", jeśli już dochodzi do starcia. Ich liczbę zmniejszają również wcześniej wspomniani dwaj chłopcy, którzy w rok nauczyli się jak widać wspaniałego władania mieczem, co pozwala im pokonywać przeciwników od urodzenia, jak wskazują opisy, szkolących się w sztuce zabijania. Takie zagrania pozostawiają niesmak i niedosyt. Nocne Jastrzębie to temat, którym można by przemienić opowieść w mroczną fantasy. Zabójcy Feista to przy tolkienowskich orkach słodkie baranki.
Tak przedstawiają się minusy, aczkolwiek nie każdemu powinny one przeszkadzać. W literaturze fantasy klasyczne dla gatunku powieści oparte na schematach również mają swoją niszę i istnieje na nie zapotrzebowanie. Osadzona w tych ramach książka Feista jest mimo wszystko przyjemną opowieścią o kolejnej walce dobra ze złem w świecie magii i miecza. Skoro świat pokochał Froda i Gandalfa, bez wątpienia może pokochać również Puga oraz chłopców, Zane'a i Tada. Autorowi należy też przyznać ciekawy pomysł z równoległymi wymiarami, których mieszkańcy mogą między nimi podróżować. W tej części wątek Dasatich i podróży między wymiarowej nie był zanadto pociągnięty, co nie oznacza, że nie pojawi się w kolejnych tomach Sagi Wojny Mroku. Zakończenie bowiem miało charakter znaku zapytania i zapowiedzi tomu drugiego.
Osobiście nie będę czekać na kolejne przygody Konklawe Cieni, gdyż to nie moje rewiry fantastyki. Myślę jednak, że Raymond Feist ma swoich odbiorców i znajdzie ich jeszcze więcej, ponieważ kunsztem pisarskim i pomysłem stoi znacznie wyżej od takich autorów jak Trudi Canavan, Christopher Paolini, czy Brent Weeks. Na pewno jest dobrym pisarzem, ale nieuniwersalnym i osobom lubiącym Geralta z Rivii, Mordimera Madderdina i szereg innych charakterystycznych postaci zamieszkujących niebanalne światy, nie polecam. Natomiast reszcie lubującej się zarówno w powyższych jak i w klasycznych obliczach fantastyki, polecam gorąco.
czwartek, 3 listopada 2011
Zdobyczne stosidło
Moje zdobycze za 1 zł z wyprzedaży, tzw. ratowanie książek z biblioteki przed skończeniem jako makulatura.
"Saga o Ludziach Lodu" - część 4, 11, 13, 14, 15, 16, czyli Tęsknota, Zemsta, Ślady szatana, Ostatni rycerz, Wiatr od wschodu i Kwiat wisielców (wzięłam te najwcześniejsze które były) i zadziwiające..Diuna, w takim dziwacznym wydaniu z 1985, nie jest to pełna książka, bo to cienki tomik, niecałe 160 stron, być może to jakiś fragment/opowiadanie, ale no proszę państwa, złotówki bym miała nie wydać?
Jak na tę chwilę trochę ostudzam swoje czytelnicze zapały. Właściwie może nie ostudzam, ale mam zwyczajnie ochotę znowu zatapiać się w Wiedźminie po raz wtóry, czasem na boku czytnę sobie jedynie Bohaterów świętej wojny, ale to sporadycznie. Wszystko wywodzi się z tego, że miałam czytać Czarny kielich Berlinga, ale napisany jest tak topornie, że uznałam iż zwyczajnie nie mam ochoty się w tym grzebać. Potem chwyciłam Dziedzictwo Templariuszy, ale tę książkę z kolei napoczęłam dawno temu i teraz nie pamiętam za dobrze tych 100 stron które kiedyś przeczytałam, a jednocześnie nie chciało mi się wracać do 1 strony, bo jednak w miarę czytania, wiedziałam już co będzie dalej. W dodatku powieść ma dwa wątki, więc zgubiłam się do reszty. Uznałam to za znak i powtarzam sobie Sapkowskiego..tego nigdy za wiele!
"Saga o Ludziach Lodu" - część 4, 11, 13, 14, 15, 16, czyli Tęsknota, Zemsta, Ślady szatana, Ostatni rycerz, Wiatr od wschodu i Kwiat wisielców (wzięłam te najwcześniejsze które były) i zadziwiające..Diuna, w takim dziwacznym wydaniu z 1985, nie jest to pełna książka, bo to cienki tomik, niecałe 160 stron, być może to jakiś fragment/opowiadanie, ale no proszę państwa, złotówki bym miała nie wydać?
Jak na tę chwilę trochę ostudzam swoje czytelnicze zapały. Właściwie może nie ostudzam, ale mam zwyczajnie ochotę znowu zatapiać się w Wiedźminie po raz wtóry, czasem na boku czytnę sobie jedynie Bohaterów świętej wojny, ale to sporadycznie. Wszystko wywodzi się z tego, że miałam czytać Czarny kielich Berlinga, ale napisany jest tak topornie, że uznałam iż zwyczajnie nie mam ochoty się w tym grzebać. Potem chwyciłam Dziedzictwo Templariuszy, ale tę książkę z kolei napoczęłam dawno temu i teraz nie pamiętam za dobrze tych 100 stron które kiedyś przeczytałam, a jednocześnie nie chciało mi się wracać do 1 strony, bo jednak w miarę czytania, wiedziałam już co będzie dalej. W dodatku powieść ma dwa wątki, więc zgubiłam się do reszty. Uznałam to za znak i powtarzam sobie Sapkowskiego..tego nigdy za wiele!
piątek, 14 października 2011
Follett - Filary Ziemi
W średniowiecznej Anglii następuje okres walki o tron. Prawowity król Henryk zmarł, zaś do tronu pretenduje dwójka ambitnych władyków. Cały kraj cierpi poprzez wojnę domową pogrążając się w biedzie, rozlewie krwi i napływających trudnościach. Możni walczą o wpływy, biedniejsi giną, tracą majętności, żyją w strachu. Jak to zwykle bywa.
Zostajemy zapoznani z mieszkańcami Anglii z różnych światów. Pierwsi z nich to rodzina Toma Budowniczego - dwójka dzieci, Martha i Alfred, oraz żona Agnes, ciężarna i przepełniona żalem. Mąż nie przyjął oferty budowania domów i umocnień w mieście, co zapewniło by im wygodne mieszczańskie życie. Tom marzy o budowaniu katedry własnego projektu, nic innego go nie interesuje. Tymczasem rodzina zaczyna głodować.
Drudzy, to Hamleighowie, możni angielscy upokorzeni przez hrabiowską rodzinę Bartholomew, z której córka hrabiego, Aleina, odmówiła zaślubin z Williamem Hamleighiem, mimo umowy między rodami. To odsunęło Hamleighów od hrabstwa dla syna.
Ostatnim jest Philip, przeor skromnego kościoła Jana z Lasu, który wychowany przez mnichów, wiedzie pokorne życie...do czasu, gdy nie zostaje obrany przeorem Kingsbridge, gdzie całe jego życie nabiera innych barw a spokój duchownego zostaje na zawsze zakłócony.
Tym czego Follettowi nie można odmówić, to zgodność historyczna, a co za tym idzie, niekolorowanie rzeczywistości. W ciemnym średniowieczu nie jest bajkowo - ludzie nękani są przez nieurodzajne lata, wojnę domową, narażani są co rusz na niesprawiedliwości. Czytając sagę, jesteśmy świadkami wielu nieszczęść, śmierci i krzywdy. Pojawiające się przebłyski pogody szybko gasną, co daje piękny zarys tamtych czasów. Jest wiele momentów, w których czytelnik spodziewa się wyjaśnienia sytuacji, wyratowania bohatera, dobrego zakończenia danego wątku i zwykle srogo się zawodzi. To skłania do dalszego zagłębiania się w życie średniowiecznego ludu.
Niestety, dla mnie powieść była zbyt rozwleczona. O ile przez pierwsze dwieście stron można było znieść szczegółowe opisy operacji i wizji budowlanych bohatera, o tyle przebijanie się przez niezliczone opisy sposobów budowania przez bite osiemset stron już było męczące i zbędne. Niektóre czynności przytaczane są zbyt szczegółowo, co zwalnia akcję, która i tak nie jest nadmiernie wartka i nuży przy takiej objętości sagi.
Poza tym autor wpadł po pewnym czasie w schemat, który już w drugiej połowie może być denerwujący. Ta sama osoba atakuje, przegrywa lub wygrywa, potem atakowany podnosi się z klęski, potem znów ta sama osoba znajduje nowy sposób na atak, itd... Sądzę, że opisywanie waśni dwóch stron przez osiemset stron, w momencie kiedy nie są one zbyt zróżnicowane, nie było konieczne. Nie sprawdzałam, przyznaję, czy niektóre postacie są historyczne (głównie William), więc nie wiem czy to tylko artystyczna nieudana wizja, czy przymus podążania za historycznymi ramami.
Pomimo tych małych mankamentów Filary Ziemi przedstawiają wspaniałą i poruszającą historię. Jest wiele działów sagi, w których przewraca się stronę za stroną, w obawie o los bohatera/bohaterki. Lektura potrafi nie raz wprowadzić w gniew, przyprawić o strach o ludzi zamieszkujących Anglię, wywoływać prawdziwe emocje. Są to opowieści o wierze, niesprawiedliwości, miłości, zaślepieniu, pokorze, niespełnionych ambicjach, pożądaniach i niestałości ludzkiego losu. Nie da się po przeczytaniu nie odczuwać sympatii do postaci wykreowanych tak wyraźnie przez autora.
Follett tworzy ludzi prawdziwych, o realnej psychice. Nie są niezłomni, nie mają oczywistych cech, nie są czarni lub biali. To ogromna zaleta, w dobie szlachetnych Aragornów, Legolasów i złych Sarumanów. Bohaterowie są tu dynamiczni, a przy okazji ich zachowania i tok myślenia są bardzo wiarygodne. Każda postać różni się od siebie, zachowaniem, zwyczajami i osobowością.
Mimo przedłużania i kilku mankamentów, uważam Filary Ziemi za sagę bardzo udaną i wartą lektury, a nawet za obowiązkową lekturę dla miłośników czytania. Opowieść wciąga i nie jest wstanie wypuścić ze swoich ramion czytelnika, jeśli ten choć na chwilę zanurzy się w średniowiecznym, brudnym świecie pełnym ludzi z marzeniami, ambicjami, zaplątanymi w nici losu. Polecam!
piątek, 23 września 2011
"Dziennik Norweski" Andrzej Pilipiuk
Dawno mnie tu nie było.
Wstyd się przyznać, ale Dzienniki były moim pierwszym zetknięciem z autorem. Ktoś może powie, że to źle, ale ja nie mam zastrzeżeń odnośnie tej pierwszej randki z tak poczytnym przecież pisarzem. No może - prawie ich nie mam.
Zacznijmy od tego że do Dzienników należy podejść z dystansem. Autor umieścił informacje, że powstawały one w czasie jego dzieciństwa i były dla niego autoterapią. Nie możemy więc rozpatrywać tego w kategorii zachwycania czytelnika. Nie mniej jednak pan Andrzej książkę wydał, znakiem tego wiedział co robi. Przygodę zaczynamy więc w komunistycznej Polsce w roku 1984 w szkolnej ławce, gdzie rzeczywistość jest prawdziwie nieciekawa. Nagle jednak kilkunastoletniego Pawła, który za kilkanaście stron okazuje się być Tomaszem, wir wydarzeń wciąga wprost do Norwegii. Paweł został znaleziony po ciężkim wypadku w górach na granicy wschodniej. Powinien nie żyć, ponieważ część jego mózgu uległa zniszczeniu, lecz jego komórki nerwowe zregenerowały się, kosztem utraty części pamięci. Tak główny bohater trafił do domu dziecka z którego wybawiają go ludzie, którzy wiedzą o nim wszystko sprzed wypadku i podają mu jego prawdziwe imię, wręczając przy okazji plik fałszywych dokumentów umożliwiających wydostanie się za żelazną kurtynę. Tak zaczyna się historia.
Opiszę od razu całą trylogię, gdyż między tomami nie ma wielkich zmian. Zawierają one mniejsze i większe przygody Tomasza, jego drogę w celu odzyskania pamięci i rozszyfrowania swoich rzekomych dobroczyńców. Wszystko dzieje się na tle remontu rozpadającego się domku nad morzem w norweskim lesie. Tu pojawia się jeden z mankamentów - nie wiem czy pan Pilipiuk chodził za młodu na tzw. fuchy i zostało mu zamiłowanie do zajęcia, ale opisy samego remontu wydają mi się zbyt szczegółowe i zajmują naprawdę lwią część tekstu. Można to spokojnie potraktować jako poradnik dla samouka odnośnie remontowania zniszczonych powierzchni płaskich. Co dziwne, nie przeszkadza to tak bardzo w lekturze. Mimo nie zawsze wartkiej akcji, powieść bardzo wciąga i czyta się wspaniale. To jak powrót do młodości, kiedy czytało się Szatana z siódmej klasy. Tylko z dużo poważniejszym wątkiem kryminalnym, paranormalnymi zjawiskami i smaczkami komunistycznych realiów. Przyznam się, że mimo tego iż pierwsze dwa tomy to stopniowe opisywanie poszczególnych przygód Tomka i nic poza tym, każdy tom czytałam wyjątkowo szybko i było to przyjemne zajęcie.
Cała przygoda zostaje zwieńczona ostatnim tomem, który jest naprawdę niezwykłą lekturą. Nie chcę jednak nikomu psuć wrażeń związanych z odkrywaniem rozmaitych wątków, wspomnę tylko, że historia zdecydowanie ożywia się, wszystko zostaje wyjaśnione, a sama opowieść nabiera nieco poważniejszych barw niż poprzednie części i zamienia się w...thriller?
Ostatecznie, to sprawne połączenie science fiction z historią i przygodą. Nie ma wielu zgrzytów, natomiast pozostaje miłe wrażenie, że przeczytało się lekturę taką jak kiedyś, jak w podstawówce. Nie chodzi o dziecinny poziom, ale o dobór bohatera, który jest nastolatkiem, a nie supermanem z dwurakiem w ręku. Całość dopełniona jest przyjemną dozą humoru pana Pilipiuka i smaczkami, jak np. wnuczkiem Jakuba Wędrowycza. Polecam każdemu, kto nie upiera się na konwencjonalną fantastykę (konfesjonalną, jak to by powiedział Yarpen) i ma ochotę wciągnąć się w podróż do przeszłości.
Wstyd się przyznać, ale Dzienniki były moim pierwszym zetknięciem z autorem. Ktoś może powie, że to źle, ale ja nie mam zastrzeżeń odnośnie tej pierwszej randki z tak poczytnym przecież pisarzem. No może - prawie ich nie mam.
Zacznijmy od tego że do Dzienników należy podejść z dystansem. Autor umieścił informacje, że powstawały one w czasie jego dzieciństwa i były dla niego autoterapią. Nie możemy więc rozpatrywać tego w kategorii zachwycania czytelnika. Nie mniej jednak pan Andrzej książkę wydał, znakiem tego wiedział co robi. Przygodę zaczynamy więc w komunistycznej Polsce w roku 1984 w szkolnej ławce, gdzie rzeczywistość jest prawdziwie nieciekawa. Nagle jednak kilkunastoletniego Pawła, który za kilkanaście stron okazuje się być Tomaszem, wir wydarzeń wciąga wprost do Norwegii. Paweł został znaleziony po ciężkim wypadku w górach na granicy wschodniej. Powinien nie żyć, ponieważ część jego mózgu uległa zniszczeniu, lecz jego komórki nerwowe zregenerowały się, kosztem utraty części pamięci. Tak główny bohater trafił do domu dziecka z którego wybawiają go ludzie, którzy wiedzą o nim wszystko sprzed wypadku i podają mu jego prawdziwe imię, wręczając przy okazji plik fałszywych dokumentów umożliwiających wydostanie się za żelazną kurtynę. Tak zaczyna się historia.
Opiszę od razu całą trylogię, gdyż między tomami nie ma wielkich zmian. Zawierają one mniejsze i większe przygody Tomasza, jego drogę w celu odzyskania pamięci i rozszyfrowania swoich rzekomych dobroczyńców. Wszystko dzieje się na tle remontu rozpadającego się domku nad morzem w norweskim lesie. Tu pojawia się jeden z mankamentów - nie wiem czy pan Pilipiuk chodził za młodu na tzw. fuchy i zostało mu zamiłowanie do zajęcia, ale opisy samego remontu wydają mi się zbyt szczegółowe i zajmują naprawdę lwią część tekstu. Można to spokojnie potraktować jako poradnik dla samouka odnośnie remontowania zniszczonych powierzchni płaskich. Co dziwne, nie przeszkadza to tak bardzo w lekturze. Mimo nie zawsze wartkiej akcji, powieść bardzo wciąga i czyta się wspaniale. To jak powrót do młodości, kiedy czytało się Szatana z siódmej klasy. Tylko z dużo poważniejszym wątkiem kryminalnym, paranormalnymi zjawiskami i smaczkami komunistycznych realiów. Przyznam się, że mimo tego iż pierwsze dwa tomy to stopniowe opisywanie poszczególnych przygód Tomka i nic poza tym, każdy tom czytałam wyjątkowo szybko i było to przyjemne zajęcie.
Cała przygoda zostaje zwieńczona ostatnim tomem, który jest naprawdę niezwykłą lekturą. Nie chcę jednak nikomu psuć wrażeń związanych z odkrywaniem rozmaitych wątków, wspomnę tylko, że historia zdecydowanie ożywia się, wszystko zostaje wyjaśnione, a sama opowieść nabiera nieco poważniejszych barw niż poprzednie części i zamienia się w...thriller?
Ostatecznie, to sprawne połączenie science fiction z historią i przygodą. Nie ma wielu zgrzytów, natomiast pozostaje miłe wrażenie, że przeczytało się lekturę taką jak kiedyś, jak w podstawówce. Nie chodzi o dziecinny poziom, ale o dobór bohatera, który jest nastolatkiem, a nie supermanem z dwurakiem w ręku. Całość dopełniona jest przyjemną dozą humoru pana Pilipiuka i smaczkami, jak np. wnuczkiem Jakuba Wędrowycza. Polecam każdemu, kto nie upiera się na konwencjonalną fantastykę (konfesjonalną, jak to by powiedział Yarpen) i ma ochotę wciągnąć się w podróż do przeszłości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)