niedziela, 4 listopada 2012

"Pas Deltory 1# Puszcze Milczenia" Emily Rodda


Wydawnictwo: Egmont
Miejsce wydania: Warszawa
Liczba stron: 176
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena z okładki: 14,99zł
Ocena: 8/10
Recenzja dla portalu Gildia.pl


Popularność w powieściach młodzieżowych od paru lat zagarniają dla siebie wampiry i wilkołaki, wraz z czeredą innych ponadnaturalnych stworzeń. Szczęśliwie, nie każdy twórca podąża za tą ogólną tendencją i ścieżki pisarzy rozgałęziają się w stronę innych gatunków. Emily Rodda, której książki przeznaczone są dla nieco młodszych nastolatków, postanowiła przekonać swoich czytelników do dużo bardziej klasycznego fantasy, otwierając przed nimi wrota krainy pełnej czarów i zjawisk godnych bohaterskiej sagi – Deltory.

Czarowna kraina, jak to bywa w takich powieściach, nie może istnieć bez Złego, czającego się gdzieś za miedzą. Tak i tutaj, Władca Mroku pozbywa się dynastii nieudolnych prawowitych władców i przejmuje stery rządów, doprowadzając mieszkańców do jeszcze większej ruiny. Udaje się ukryć przed nim legendarny, magiczny Pas Deltory wykuty przez pierwszego króla, kowala Adina. Brakuje w nim jednak siedmiu klejnotów mocy, bez których pokonanie uzurpatora jest niemożliwe. Po latach od tych wydarzeń na ratunek Deltorze wyrusza młody syn miejskiego kowala, Lief. Wraz z kompanem Bardą udają się w niebezpieczną podróż, by odzyskać elementy pasa.

„Puszcze Milczenia” to powieść wartka i wciągająca, niewymagająca dużego zaangażowania od czytelnika. Brak tutaj długich opisów i zawikłanej fabuły. Historia jest prosta, przyjemna, pełna akcji, oparta na schematach znanych i cenionych powieści fantastycznych dla trochę starszych czytelników, więc stanowi dobrą bazę dla początkujących, którzy będą zapewne też usatysfakcjonowani niewielką objętością lektury. Odbiorca bardziej oczytany także znajdzie tu coś dla siebie, gdyż nietrudno zatopić się w magicznym świecie i dać się wciągnąć przygodom młodego Liefa. Deltora oferuje parę godzin przyjemnego oderwania się od rzeczywistości.

Właściwie trudno jest zarzucić coś pisarce, która stworzyła serię idealną dla raczkującego w sferze książek młodego człowieka. Jej powieści odniosły już sukces komercyjny w innych krajach i porównywane są do Harry’ego Pottera, choć akurat ten trop nie jest do końca słuszny. Pomysł Roddy cechuje pewna prostota i wtórność, ale na pewno jest to coś, co przyciągnie zarówno oko, jak i umysł czytelnika szukającego dla siebie niszy w morzu literatury, a nie chce porywać się od razu na kilkusetstronicowe tomiszcza Rowling czy bardziej wymagającego Tolkiena. Z czystym sumieniem można polecić tę książkę jako fantastyczny „starter” lub jako porcję magii i miecza na jeden wieczór.

niedziela, 28 października 2012

Notka prywatna

Mało osób tutaj już wpada, tak czy inaczej nie zaszkodzi mi zostawić śladu. Nie ma mnie tutaj już od dłuższego czasu, niekiedy tylko wrzucę jakąś recenzję pisaną dla Gildii. Mam na swoje wytłumaczenie jedno słowo: matura. Najpierw były wyjazdowe wakacje, a teraz trudno mi złapać oddech w natłoku zajęć. Trudno mi jest czytać Wasze recenzje, robię to w biegu, rzadko zostawiam ślad. Chciałabym poświęcać temu więcej uwagi, ale mam wybór - albo zabrać się do roboty i wziąć na przyszłość, albo folgować sobie teraz i potem pluć sobie w brodę. Postaram się teraz zaglądać tu częściej i wrzucić zaległe recenzje, już nieco zorganizowałam sobie czas i prawie znalazłam równowagę między trzema zbiorami zadań z chemii, biologią, fizyką, szkołą, lekturami recenzyjnymi, fotografią i Internetem... Staram się nie porzucać niczego, do Was też mam nadzieję zaglądać częściej, dając znać, że czytam. 
Pozdrawiam wszystkich moli książkowych :)

”Bohatyr. Żelazny kostur” Juraj Červenák



Wydawnictwo: Erica
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 9/2012
Liczba stron: 508
Oprawa: miękka
Cena z okładki: 39,90 zł
Ocena: 7/10
Recenzja dla portalu Gildia.pl


Smoki, magia i kijowskie wojsko z misją ataku na Bułgar? A może potężne artefakty, krwawe bitwy, w które zaangażowana jest moc prastarych słowiańskich bogów? Červenák użyczył nam swojej wyobraźni i pióra, łącząc fantastykę dla tych bardziej odpornych na widok krwi czytelników z historyczną otoczką X wieku, dodając do obrazu brutalnej wojny nieco bohaterstwa rodem z epopei. Bojarzy z Kijowa zapraszają na ucztę przy obozowych watrach. 

Tytułowy bohater, to standardowa już dla fantastyki postać, która od zera do bohatyra podąża ścieżką pełną przygód i przeciwności losu. Ilja Muromiec, okoliczny kaleka i nieudacznik jest świadkiem wymordowania całej osady i uprowadzenia ukochanej. Z opresji ratuje go trójka bojarów, Wołch, Światogor i Mikuła, wykorzystując czary jednego z nich do odczynienia uroku ciążącego na mężczyźnie. Pod ich wpływem Muromiec zamienia się w niebotycznie silnego i zdrowego młodzieńca. Przeznaczenie sprawia, że trafia on do drużyny księcia Kijowa, Światosława, ruszającego z ekspansyjną misją na Bułgar. Ingerencja boskich mocy pozwala Ilji zdobyć szacunek wśród innych bojarów i wziąć udział w wojnie, która wstrząśnie wszystkimi ludami nad Itilem.

Patetyczność, wbrew pozorom, ma tylko swoje przebłyski i przeplata się z dużo cięższą atmosferą towarzyszącą przygodom kijowskich drużynników Światosława. Przy lekturze bardzo zalecana jest odporność na anatomiczne szczegóły. To, co dzieje się podczas bitew w książce Červenáka, jest zupełnym przeciwieństwem sztuki pięknego umierania. Wylewające się wnętrzności, zerwane kończyny...ot, efekty sprzeczek mężczyzn wieku dziesiątego.

Smoki i magia mogą brzmieć baśniowo, ale pisarzowi udało się utrzymać balans między elementami fantastycznymi i tymi imitującymi historię. W gruncie rzeczy, jeśli ktoś krzywi się na myśl o takim połączeniu, nie powinien mieć w tym przypadku oporów – książka wciąga, połyka wręcz czytelnika wirem wydarzeń. Akcja pędzi wraz z konnicą Światosława, nie dając chwili wytchnienia. Nietrudno odruchowo rzucić się w pościg razem z bojarami i zapomnieć, że siedzi się w ręku z książką.

Pomysł Juraja Červenáka na zaszczepienie fantastyce nieco historii oczywiście nie jest nowatorski, ale sprawnie wykorzystany. Pierwszy tom przygód bohatyra Ilji jest zbiorem wyrazistych emocji i nie raz przywołuje wypieki na twarz czytającego. Mroczna atmosfera nadaje wszystkiemu ostrzejszego charakteru. Może być jedynie mniej strawna dla bardziej delikatnych czytelników. Dla odporniejszych, historyczne fantasty sprawdza się w tym przypadku zdecydowanie dobrze, z polotem, pomysłem i posmakiem krwi na stalowym ostrzu.


piątek, 5 października 2012

Bez retuszu. Więzień czerwonego terroru.


Autor: Władysław Cehak
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 496
Oprawa twarda z obwolutą
Wydanie I
Źródło: Gildia.pl

Władysław Cehak, zamknięty w sowieckim łagrze, przeżył trudy drugiej wojny światowej cierpiąc z powodu ran, chorób i głodu. Swoje doświadczenia spisał w postaci powieści fabularnej, w której perypetie głównego bohatera, Andrzeja Krasickiego, przedstawiają osobistą historię autora. Syn pisarza, Andrzej Cehak, pozwolił reszcie świata otrzymać relację z pierwszej ręki spisywaną przez ojca ołówkiem na luźnych kartkach. Tym samym dodał kolejną cegiełkę do muru dowodów sowieckich zbrodni.

Powieść rozpoczyna się w momencie, kiedy Andrzej Krasicki, młody polski pilot, zostaje zestrzelony przez niemiecki oddział. Ciężko ranny trafia do szpitala w Tarnopolu, gdzie prędko dociera Armia Czerwona z niezastąpionym NKWD. Mimo prób ucieczki, Andrzej zostaje złapany i zakwalifikowany jako więzień polityczny, ponieważ jest oficerem. Teraz jego podróż może obrać już tylko jeden kierunek: na wschód, na wschód, na wschód... Blisko cierpienia, śmierci, okrucieństwa i nieustannego strachu od dawien dawna panującego nad dziećmi Matki Rosji.

Lwia część akcji dzieje się w Krasłagu, łagrze Krasnojarskim w lasach tajgi. Opowieści głównego bohatera skupione nie są wyłącznie na jego życiu w obozie. Andrzej, czyli Władysław Cehak, jest bystrym obserwatorem swojego otoczenia. Snuje historie ludzi, których spotyka, poddaje pod osąd to, co widzi, i dostrzega niezaprzeczalne wady upadającego powoli systemu, który oparty jest na strachu i wymuszonym posłuszeństwie. Prawdziwym twórcą tych opowieści o kanibalizmie, morderstwach czy śmierci głodowej jest oczywiście historia, zaś wspomnienia Andrzeja są wspomnieniami pisarza. Obraz jest straszny, odrażający, ale to właśnie jego realistyczny wymiar stanowi prawdziwą wartość tych kilkuset stron. Jest to źródło wiedzy dalekie od podręcznikowych mądrości, subiektywne, ale na pewno cenne. Historia bez retuszu, to celne określenie.

Lektura powieści nie jest prosta. Autor skupia się często na wielu detalach lub powtarza się w swoich opowieściach. Jego syn złożył tekst z odrębnych części, wiec pojawiają się też drobne luki. Takie niedogodności nie powinny jednak zbytnio wpłynąć na odbiór dzieła o tak mocnym i wstrząsającym przekazie. Wszystko napisało życie, zaś książka jest wierną relacją osoby, która przeżyła.

Historię Władysława Cehaka na pewno warto poznać, ponieważ jest świadectwem polskiej przeszłości i dowodem niesprawiedliwego losu wielu ludzi, których nikt nie wymieni już z imienia i nazwiska. Autor dzięki wspomnieniom wyciąga takie przypadki na światło dzienne, zapewniając im miejsce w naszej pamięci i prosząc o chwilę refleksji. Książka nadaje się nie tylko dla sympatyków historii, gdyż jej fabularna forma pozwala na łatwiejszy odbiór również tym oporniejszym czytelnikom. A opór na pewno nie jest wskazany przy takim kawałku polskiego dziedzictwa.

czwartek, 12 lipca 2012

"Gra Endera" Orson Scott Card

Autor: Orson Scott Card
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 325
Cena: 32zł
Źródło: zakup własny
Ocena: 9/10

Długo obiecywałam sobie przeczytanie tej pozycji. Zebrała mnóstwo świetnych recenzji i zyskała wielu fanów, również wśród blogspotowych recenzentów. Wystarczyło pierwsze kilkadziesiąt stron, żebym  i ja zdecydowała się prosto z empikowej czytelni pomaszerować do kasy. Świat młodego Endera wciągnął mnie w niecałą godzinę swoją atmosferą, unoszącą się nad każdą stroną mgłą smutku, która spowija czytelnika i pozwala mu poczuć razem z bohaterami książki. Card wpadł na pomysł, który być może nie jest wyjątkowo świeży i nowatorski, ale sposób w jaki go podał i jak oprawił nie pozwala na obojętność. 

Słowa wyjaśnienia, skąd moje zachwyty. Historia Endera ma miejsce w świecie przyszłości, gdzie odbywa się kontrola urodzeń, ludzkość została już dwukrotnie zaatakowana przez przybyszów z obcych planet, zaś podział polityczny na Ziemi opiera się o Układ Warszawski pod wodzą Rosji i antagonistyczne w stosunku do Rosjan rządy USA. W chwili, gdy poznajemy Endera, panuje pokój, bo nic nie jednoczy tak dobrze, jak wspólny wróg. W takim właśnie uniwersum żyje sobie mały chłopiec, urodzony w swojej rodzinie jako Trzeci. Jako Trzeci z rodzeństwa bowiem dostaje szansę szkolenia się na żołnierza, który będzie w przyszłości bronił gatunku ludzkiego przed kolejną inwazją kosmicznych robali. Kolejnym poziomem książki jest życie wewnętrzne samego chłopca - jego lęk przed agresją i złem, nienaturalna dojrzałość i ukryty geniusz oraz pragnienie bezinteresownej miłości i przyjaźni. 

Zdradzanie więcej szczegółów dobrze ułożonej fabuły byłoby grzechem. Card zadbał o przemyślany układ wydarzeń i odsłania kolejne karty zawsze w odpowiedniej chwili. Zatroszczył się też o wyjątkową atmosferę i poruszającą historię chłopca zagubionego w oszukańczym i bezwzględnym świecie dorosłych, zaplątanego w podłych machinacjach i manipulacjach ludzkim zaufaniem. Powieść jest wielopoziomowa, a każdy z tych poziomów to dobry materiał na refleksje i samodzielne przemyślenie tematu. Powaga książki nie odbiera jednak intensywności emocji, jakie ze sobą niesie. "Smutek" to zbyt ogólne słowo, aby określić gamę odczuć, jakie wywołują losy Endera nieustannie ścierającego się z zimną, nieprzyjazną rzeczywistością. Fakt, że chłopiec oraz jego rodzeństwo są tak nienaturalnie dojrzali jak na swój dziecięcy wiek, dodaje smaku całości i pozwala zestawić niewinność i czystość pragnień dziecka z zepsuciem, jakie niesie ze sobą dojrzewanie. To walka pięknej duszy ze zgniłą naturą człowieka.

Orson Scott Card szybko i nieskomplikowanie zwerbował mnie sobie na zwolenniczkę swojego pisarstwa za pomocą stworzenia tak emocjonalnej i wyjątkowej powieści. Nie polecam zważać na to, że to science fiction. Nie polecam zważać na to, że bohaterem jest dziecko i mogą pojawić się obawy, czy nie będzie infantylnie. "Gra Endera" to dojrzała, wielopłaszczyznowa historia, która mimo fantastycznej oprawy niesie ze sobą wiele prawdziwych emocji i wrażeń oraz stawia pytania idealnie pasujące do jakichkolwiek czasów, zmuszające wręcz do zastanowienia nad współczesnością oraz naturą człowieka. To po prostu dobrze napisana książka, i polecam ją każdemu.

niedziela, 8 lipca 2012

"W otchłani" Beth Revis


Autor: Beth Revis
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 392
Cena: 37zł
Źródło: Gildia.pl

Nurt science fiction obfituje w całe mnóstwo alternatywnych wersji naszej przyszłości wynikających z postępu techniki. Beth Revis postanowiła zaoferować coś od siebie, zawężając jednak swoją niepokojącą wizję do jednego statku, który podróżuje na planetę, którą można zamieszkać – Centauri-Ziemię. Zaprosiła nas do metalowego kolosa, w którym śpią trzystuletnim snem zamrożeni kolonizatorzy chronieni przez kilkutysięczną załogę zamieszkującą „Błogosławionego”. Przygodę rozpoczyna przypadkowe rozmrożenie nastolatki, która dowiaduje się, że jej rodzice obudzą się dopiero za kilkadziesiąt lat na nowej planecie. Amy musi spędzić ten czas zamknięta w kosmicznej klatce lecącego statku. Nic piękniejszego dla dojrzewającej kobiety

Nastoletni bohaterowie i okładka może zmylić – „W otchłani” wątek miłosny jest pobocznym, a wszystko skupia się wokół wielkiej tajemnicy statku, który po kilkuset latach od wyruszenia został zmodernizowany i zreorganizowany. Społeczność została podporządkowana centralnemu zarządzaniu,  mieszkańcy są ogłupiani przez dziwne substancje i rytuały, a wszystkim steruje tyran w osobie Najstarszego. Wątek zniewolonej ludności walczy o lepsze z rozterkami Amy, która została postawiona w dramatycznej sytuacji. Na domiar złego, rozpoczęła się seria zagadkowych śmierci zamrożonych żołnierzy i zagrożony jest również jej ojciec. Atmosfera gęstnieje z każdą stroną, liczba podejrzanych się zacieśnia. Dochodzi do silnego konfliktu między Najstarszym, a jego następcą, który nie tylko sprzeciwia się tyranii, ale chce też pomóc zagubionej dziewczynie.

Revis wykreowała bardzo dobry klimat, który mimo dość prostego języka, utrzymywany jest równomiernie przez całą powieść. Z początku pomysł i wykonanie może wydawać się infantylne, ale takie wrażenie  szybko mija zastąpione przez stopniowe budowanie napięcia i atmosferę, która robi się coraz bardziej duszna. Z każdą stroną pojawia się coraz więcej znaków zapytania i niewytłumaczonych zjawisk. Ostatecznie, wydźwięk jest smutny, na swój sposób przygnębiający, ale zadziwia swoją głębią to, co wcześniej zdawało się mieć predyspozycje tylko do historyjki o gwiezdnych perypetiach. Pisarka dotyka problemów, które nie pasują do przyjemnych opowiastek na dobranoc i zabiera w podróż dużo bardziej wstrząsającą, niż może sugerować to opis z okładki.

„W otchłani” jest dopiero pierwszą częścią opowieści o losach załogi „Błogosławionego” oraz pary Amy i Starszego statku. Mimo pewnej prostoty, jest pełnowartościową książką, która może zapewnić dreszczyk emocji i zachęcić do refleksji nad tematami obracającymi się nie tylko wokół przyszłości, ale też wokół ciemniejszej strony natury człowieka. To synteza przygody przeplatanej z kryminałem, polanej sosem science fiction. Nie pozostaje nic innego, jak wsiąść na pokład „Błogosławionego” i na własnej skórze doświadczyć życia w metalowym świecie bez Słońca i świeżego powietrza.

wtorek, 3 lipca 2012

"Kłamca 4" Jakub Ćwiek

Tytuł: Kłamca 4 Kill 'Em All
Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: fabryka słów
Liczba stron: 373
Ocena: 4/10


Jakiś czas temu ujrzałam tę czerwoną "czwórkę" w księgarni i pomyślałam sobie, że może TYM razem warto. Może wszystkie niemiłe wrażenia po trzeciej części znikną przykryte powrotem do starego dobrego Lokiego, który bawił i wciągał, bo niczego innego po tej literaturze nie można oczekiwać. Może... Mój sceptycyzm doprowadził mnie do tego, że nie kupiłam, a wypożyczyłam tę książkę i cóż, nie mydląc oczu, ów sceptycyzm miał znowu rację - są inne książki warte około trzydziestu złotych, po których można nawet zmądrzeć, a przynajmniej pozostawią lepsze wrażenie.

Po tym źle nastawiającym wstępie, coś niecoś o fabule. Apokalipsa i nieświadomy jej Loki, który stara się niepotrzebnie zabić antychrysta otwierają nam okno na świat pełen śmierci i zniszczenia. Po prostu Teddy, zwany też Lucyferem, wprowadza w życie swój genialny plan sięgnięcia po władzę absolutną za pomocą Limbo. Po Ziemi wałęsają się zombie, ludzie starają się przeżyć organizując się pod skrzydłami aniołów, zaś archaniołowie ostatkiem sił usiłują podążać za czymś, co w założeniu ma być boskimi dyrektywami, ale jest tylko przeczuciem. Gdzie tu miejsce dla głównego bohatera? Ja też nie wiem, siedzi gdzieś na bocznym planie i dopiero pod koniec zaczyna być wprowadzany do znaczącej akcji...

Postać Lokiego jest bardzo dobrze wykreowana i pociąga za sobą czytelnika. Cóż z tego, jeśli za to pan Ćwiek zebrał już oklaski po pierwszym tomie jego przygód, zaś tendencja jakości była później spadkowa. Tak i tutaj, akcji jest sporo, są próby epickości i nierozłączne przenikanie popkultury do opowieści o bogach i aniołach. Jest też abstrakcyjny humor i w ogóle wykorzystanie absurdu jako środka na wszystko. Tyle, że niewiele z tego wynika, sama akcja nie pociąga za sobą w szczególny sposób, ot, coś się dzieje. Zanim główny bohater dochodzi faktycznie do głosu, mija sporo czasu, a do połowy książki jego przygody są tylko tłem. Brakuje tego polotu, lekkości opowiadania zabawnych historii o Kłamcy, które kiedyś zapewniały serii miejsce wśród dobrych rozrywkowych czytadeł.

Czwarta część jest już ostatnią i sądzę, że to naprawdę dobrze dla serii i samego autora. Zakończenie całej historii jest w miarę udane, co podnosi delikatnie ocenę książki. Druga połowa tego tomu daje niejaką nadzieję na to, że nie jest aż tak źle, zaczynają dziać się ciekawsze rzeczy i na scenę wchodzą sensowne pomysły. Stąd też ocena nie jest tak brutalna, a mogłaby być za zapewnienia, że będzie dużo lepiej niż w tomie trzecim, które nie  miały wiele wspólnego z prawdą. Potencjał pierwszych dwóch tomów został nieco zmarnowany, co nie oznacza, że nie można wrócić z upodobaniem do owych pozycji i podarować sobie dwie ostatnie, tudzież przeczytać je z ciekawości zakończenia. Polecam tylko w tym ostatnim przypadku i tylko osobom, które lekturę trzech poprzednich tomów mają już za sobą.


piątek, 8 czerwca 2012

"Grombelardzka legenda tom II" Feliks W. Kres

Tytuł: "Grombelardzka legenda" Tom II
Autor: Feliks W. Kres
Cena na okładce: 29,99zł
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 364
Ocena: 8/10

Grombelard to kraj nagich skał i nieskończonego deszczu. To kraj stalowych ludzi, rozbójników przemierzających nieprzystępne góry. To kraina porzucona przez Szerń, gdzie po dziś dzień echa dawnej magii burzą spokój tych, którzy próbują zapuszczać się na dawno zapomniane szlaki. Góry Grombelardu zrodziły legendę o niezwykłej kobiecie, Łowczyni o imieniu Karenira, której historia będzie wiecznie żywa. Pamięć ludzka nie pominęła też towarzyszy jej...niedoli. Kotów gadba, mędrców, prostych żołnierzy i wielkich rozbójników, morderców, księżniczek. Ale jak doszło do tego, że zwykła kobieta z Armektu stała się symbolem wytrwałości, znakiem rozpoznawalnym dla każdego Grombelardczyka? O tym właśnie opowiada drugi tom tej legendy.

Zaskoczenie numer jeden - Karenira nie jest już naszą bohaterką do ostatnich stron i Kres oddaje głos zupełnie nowym postaciom, zmieniając jednocześnie wydźwięk i atmosferę całości. Świat nie zmienił się od poprzedniego tomu pod względem kreacji, zasady cały czas są te same i tak samo sprawdzone. Na swój sposób nietypowe rozwiązania, które odcinają Kresa zdecydowanie od masy innych twórców, powracają ze zdwojoną siłą. Pierwszy tom rozpoczynał historię Kareniry, przedstawiał kilka jej mniej lub bardziej mrocznych przygód. W tej odsłonie mrocznie i nieprzyjemnie jest cały czas, a klimat wilgotnych, zatopionych w szarości gór nieustannie podąża za czytelnikiem. Zaskoczeniem numer dwa są zabiegi pisarza, ale musiałby być to zbyt bolesny spoiler, by zatapiać się w tym temacie. Dość powiedzieć, że w połowie książki przychodzi czytającemu wciągnąć powietrze ze świstem i wytrzeszczyć oczy "to naprawdę się stało?"

Mogę sobie też trochę ponarzekać, co nie zmieniło się od poprzedniego tomu. Bohaterka jak zwykle jest średnio inteligentna i tym samym irytująca, dlatego wyprowadzenie jej z pierwszego planu w niektórych opowiadaniach jest naprawdę zbawienne. Właściwie nie wiem, co autor ma do kobiet, bo większość z nich w tej powieści nie grzeszy jakąkolwiek myślą (chociaż nie ogranicza się to jedynie do płci pięknej), ale istnieje też przeciwwaga tych mało mądrych pań. Reprezentacja postaci myślących jest co prawda niewielka, ale warto zaznaczyć jej istnienie. Poza tym to w dalszym ciągu niezła książka, o intrygującej atmosferze, z dobrym pomysłem i łatwa do przeczytania. W tej części nietrudno o zaskoczenie i bardzo szybko pochłania się te blisko czterysta stron przygód Kareniry i reszty zgrai. 

Znajomość pierwszego tomu - obowiązkowa, co jednak nie powinno przysparzać problemu, gdyż są sprzedawane razem. Poza tym pominięcie wstępu, to robienie sobie krzywdy - tomy tworzą integralną, dobrze zgraną całość i można potraktować je jako jedność. To było moje pierwsze spotkanie z panem Kresem, i po tym tomie stwierdzam - zupełnie nie żałuję, a nawet jestem skłonna poszukiwać innych dzieł pana. Jest to przyjemna fantastyka, być może nie najwyższej próby...ale na pewno nie banalna i nie jest kolejną wersją tego, co ostatnio serwuje się na empikowych półkach. Polecam!

wtorek, 29 maja 2012

"Niezgodna" Veronica Roth

Ocena: 7/10
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 352
Cena: 37,80zł
 Źródło: portal Gildia.pl




Dojrzewanie to trudny okres kształtowania młodej osoby. Człowiek buduje sobie kręgosłup moralny, zaczyna dokonywać świadomych wyborów i decydować o swojej osobowości. W Chicago podzielonym na pięć frakcji – Serdeczność, Altruizm, Nieustraszoność, Prawość i Erudycję, wybór dorastającego człowieka jest pozorny i podlega wzorcowi. Z pięciu ścieżek szesnastoletni mieszkaniec miasta może wkroczyć na jedną, by podporządkować resztę swojego życia zasadom frakcji, która staje się jego domem. To ograniczenie wolności i wtłoczenie całego społeczeństwa w pozornie nieomylny system ma zapobiec konfliktom, które doprowadziły świat do ruiny. Pytanie, czy te umysłowe kajdanki faktycznie prowadzą do wymarzonej wizji pokoju?

Beatrice Prior jest wychowanką Altruistów i do szesnastego roku życia musi wyrzekać się przyjemności i własnych poglądów. Pod okiem nieustępliwych rodziców dopasowuje się mimowolnie do wzorca frakcji, czekając na dzień, kiedy to ona będzie mogła dokonać wyboru. Podczas testów mających określić przynależność, Beatrice dowiaduje się czegoś, czego nie rozumie – jest Niezgodna, nie pasuje do ustalonych wytycznych kwalifikujących jej osobowość. Gdy nadchodzi czas wyboru, zdezorientowana dziewczyna upuszcza kilka kropel krwi na rozpalone węgle – znak Nieustraszonych. Ta decyzja odcina ją od rodziny i zawodzi jej ukochanego ojca, zdeklarowanego Altruistę. Przychodzi czas na morderczy nowicjat, naukę rywalizacji i pierwsze samodzielne kroki.  Od chwili wyboru dziewczyna przybiera imię Tris, by poczuć się nowo narodzona jako młoda kobieta walcząca z własną niezgodnością – niedopasowaniem do znanego sobie świata.

Jako pierwsza podczas lektury „Niezgodnej” rzuca się w oczy narracja prowadzona przez młodą, niedoświadczoną dziewczynę. Sposób jej opowiadania jest podobny do toku myśli, składa się z niezbyt rozbudowanych zdań. Sprawia to, że tekst jest bardzo dynamiczny, ale jednocześnie prosty, co można sobie poczytać za wadę. Charakter głównej bohaterki przedstawia się iście kryształowo – Tris jest dobra, niezależna, ma w sobie nieco altruizmu ale też i asertywności, jako że jest Niezgodna. Jej wyjątkowa emocjonalność nadaje barw ponurej rzeczywistości otoczenia. Dziewczyna chwieje się pomiędzy brutalnością chwaloną przez Nieustraszonych, a swoim własnym dobrym sercem nastawionym przez tyle lat na empatię. Szkoda tylko, że bohaterce Roth zabrakło w tym wszystkim nieco bystrości i przenikliwości – Tris zdaje się czasem myśleć wyjątkowo nielogicznie, jej wnioski są powierzchowne i nieuzasadnione, co nie zawsze da się wyjaśnić infantylnością postaci.

Chicago zaczyna powoli przypominać tykającą bombę, gdy zgoda między frakcjami zostaje załamana. Jest to bazą dla fabuły, która ma rozciągnąć się na trzy tomy. Polityczne niesnaski dotyczą też głównej bohaterki, która tkwi między młotem a kowadłem w walce pomiędzy frakcją swoich rodziców, a Erudytami łakomymi na władzę sprawowaną przez Altruistów. Razem z Tris można obejrzeć walący się w posadach sztuczny porządek utworzony przez nienaturalny podział daleki od prawdziwych instynktów człowieka. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że pisarka potraktowała tę część powieści nieco powierzchownie, a elementy świata służą często jedynie jako dopełnienie stanów emocjonalnych dorastającej Niezgodnej Tris. Nawet brutalność czy hierarchia we frakcji Nieustraszonych, którym poświęcona jest większość książki, wydają się być mało realistyczne i potraktowane trochę po macoszemu. Pewnym drobnym minusem są też osobowości samych bohaterów drugoplanowych – schematyczne i czarno-białe, co pozwala na łatwe przewidywanie wydarzeń w książce. Brakuje niejednoznaczności charakteryzującej prawdziwy świat, której kosztem autorka łatwo wartościuje wszystko w swojej powieści.

Pisząc swoją książkę Veronica Roth nie uniknęła schematów, z których chętnie korzysta dziś wielu młodych pisarzy: od zera do bohatera i nieskomplikowanych mechanizmów rządzących fabułą, bohaterami i światem przedstawionym. Jednocześnie pojawia się to, co w podobnych tekstach zastępuje kunsztowną formę – emocje płynące z kartek, ludzki pierwiastek sprawiający, że przeżywa się wszystko razem z bohaterką, która stara się przetrwać i zrozumieć otaczającą ją rzeczywistość. Wartka akcja wciąga w dystopijną wizję autorki zapewniając dobrych kilka godzin rozrywki z książką. Fani niezobowiązujących lektur z futurystycznym akcentem nie powinni być zawiedzeni.


czwartek, 10 maja 2012

"Upadek" Richard Lee Byers

Ocena: 4/10
Cena sugerowana: 27,90zł
Wydawnictwo: ISA
Tytuł oryginału: Dissolution
Liczba stron: 410

Przyszło mi powitać Was w świecie, w którym lojalność, miłość, wierność, stałość to przywary i oznaki wyjątkowej słabości, godne pożałowania i nie warte splunięcia. Menzoberranzan to miasto w krainie Podmroku zamieszkiwane od stuleci przez mroczne elfy zwane drowami, lud wybrany pajęczej królowej Lloth. Drowy życie spędzają na intrygach, nieustannej serii zabójstw z przyjemności lub w walce o władzę i pozycję. Ich zamiłowanie do tortur, okrucieństwa i wszelkich przejawów chaosu jest znane w całych Zapomnianych Krainach. Społeczność drowów od zawsze skupia się wokół matriarchatu. Mężczyźni to niższa kasta, podległa wszystkim kobietom i kapłankom pajęczej bogini. Jeszcze niżej w hierarchii stoją wszystkie inne rasy, które służą jedynie jako niewolnicy, traktowani przedmiotowo i z wyjątkowym okrucieństwem. W tym właśnie urokliwym miejscu wydarzyła się katastrofa zagrażająca władzy kobiet i domu Baenre - Lloth odebrała moc swoim kapłankom i porzuciła Menzoberranzan. 

W tych okolicznościach Gromph, arcymag wieży Sorcere, postanowił zamordować swoją siostrę, najwyższą kapłankę Quenthel i na własną rękę dowiedzieć się, co takiego spowodowało odejście bogini.
W ostatnim czasie z domów zaczęli uciekać mężczyźni, prawdopodobnie by stworzyć jakąś organizację przeciw ustalonemu porządkowi, wyczuwając niemoc kapłanek. W końcu przydarza się się jedna okazja na sto, żeby pozbyć się kobiecej dominacji. Gromph posyła  dwójkę uzdolnionych mistrzów - Pharauna i Rylda Argitha by wytropili uciekinierów. Z nimi spędzimy większość czasu podczas lektury, przemierzając nieprzyjazne ulice mrocznego miasta i śledząc spisek.

Już od pierwszych stron atakuje nas prolog starego dobrego Salvatore'a, który w tym przypadku opowieści z Forgotten Realms ograniczył się jedynie do rekomendacji kolegi po fachu i właśnie tego krótkiego wstępu. Dalej pióro przechodzi już w ręce pana Lee Byersa i nie jestem przekonana co do tego, czy to dobre posunięcie. Powieści osadzone w FR nie są chwalone, ponieważ opierają się na ścisłych ramach świata i są dość schematyczne. W tej schematyczności moim skromnym zdaniem pan Byers prześcignął trochę swojego kolegę - Salvatore'a, autora Legendy Drizzta. Opis drowów jest tak mroczny, że przechodzi czasem już w kiepskie próby wykreowania najstraszniejszego z najstraszniejszych gatunków. Podobnie ma się sprawa z opisami magii elfów. Czary, którymi posługują się ponure drowy, są trochę przerysowane i pachną tekstami w stylu "Mag 5 levelu właśnie cisnął fireballa". Na szczęście przedstawianie rasy kończy się dość szybko i potem można ją poznać tak, jak powinno być od początku, czyli przez obserwację zachowania bohaterów. Tu już jest lepiej,  ponieważ pisarz nie zniszczył konwencji i drowy są tym, czym być powinny - okrutnymi, nieprzewidywalnymi istotami z Podmroku. Niestety autor środek ciężkości przerzucił nie na ciekawą naturę mrocznych elfów, ale na nieustanną akcję. Co parę stron latają sztylety, płynie krew i pojawiają się podbramkowe sytuacje. Po dwustu stronach taki stan rzeczy staje się męczący, ponieważ starcia  są przewidywalne. Wszystkie opierają się mniej więcej na schemacie, w którym pod sam koniec jakieś cudowne wydarzenie przechyla szalę zwycięstwa na stronę bohatera. Niezbyt to zajmujące.

Sama fabuła nie porusza pomysłowością. Historia nie ma żadnego punktu, który mógłby podnieść ciśnienie albo żywo zainteresować. Wynika to częściowo z natury mieszkańców Menzoberranzan - wszyscy mają podobną, więc tak naprawdę nie ma żadnej postaci, z którą można by było sympatyzować i trzymać kciuki. Tutaj można mieć pretensje do pisarza, bo o ile okrucieństwo i skrajny egoizm są wspólną cechą drowów, to istnieją też inne cechy osobowości, które mogłyby wyróżniać bohaterów. W dodatku autor rozdrobnił się na parę wątków: opisuje misję Pharauna i Rylda, walki Quenthel z demonami nasłanymi przez brata i krótką przygodę mało ważnej elfki Faeryl. Ta ostatnia została wprowadzona najwidoczniej po to, by było o czym pisać w drugiej części, bowiem jej historia nie wprowadza niczego do fabuły i jest zupełnie zbędna. Brakuje też elementów zaskoczenia. Praktycznie od początku Byers jak kawa na ławę zasugerował oczywiste odpowiedzi ustami swoich bohaterów i tylko drobne niejasności każą przeczytać następne strony powieści.

To co uznaję za plus, to niestety głównie samo uniwersum i wybranie rasy mrocznych elfów na bohaterów tekstu. Stawia to jednak powieść jako pozycję odpowiednią głównie dla sympatyków gier RPG i Forgotten Realms. Drowy nie są sympatycznymi, tradycyjnymi bohaterami, do których losów moglibyśmy się uśmiechać i sprzyjać. Daje to trochę odpoczynku od szlachetności i generalnie od ludzkich lub nadludzkich odruchów bohaterów klasycznego fantasy. Jest to książka, w której częściej można się krzywić aniżeli przeżywać razem z postaciami. Niestety, pretekstów do krzywienia się jest trochę więcej, niż ogólne zepsucie mrocznych elfów. Myślę, że pozycja może się spodobać wielbicielom dużej ilości akcji w książkach oraz czegoś mniej konwencjonalnego od tradycyjnego szlachetnego bohatera walczącego ze złem.

czwartek, 26 kwietnia 2012

"Amerykańscy bogowie" Neil Gaiman

Tytuł: Amerykańscy bogowie
Autor: Neil Gaiman
Liczba stron 600
Wydawnictwo: MAG
Cena: 35zł
Ocena: 8/10

Witajcie w świecie, który porzuca wszelkie zasady prawdopodobieństwa - Neil Gaiman zaprasza. Wrzuca w uniwersum wypełnione brutalnością, bolesną wręcz dosłownością i post-modernistycznymi obrazami. Antyfundamentalizm dookoła, racjonalne myślenie schowane głęboko w kieszeń i można już ruszać na spotkanie przygodzie, którą gotuje dla nas pisarz. Ta przygoda to coś zupełnie niezwykłego, ale też...niesmacznego? Tak, właściwie można powiedzieć, że Gaiman nie pisze dla ludzi delikatnych. Podróż zaczynamy w więzieniu, gdzie swój wyrok odsiaduje niejaki Cień. Zbrodnia nie była wielka, chodziło o pieniądze i pobicie paru gości, nic wielkiego. Cień jest wzorowym więźniem i zamiast sześciu lat, siedzi tylko trzy. Postanowił przeczekać czas, po którym wróci do swojej cudownej żony Laury, pracy na siłowni u kumpla i normalnego życia. Cień już wie, że nie zaprzepaści tej szansy na normalność i święty spokój. Będzie doskonałym obywatelem. W przeddzień wyjścia podchodzi do niego ktoś i mówi "nadchodzi burza". Od tej pory Cień już wie, że nic nie będzie ani normalne, ani bezpieczne. 

Żona Cienia umarła w dniu jego wyjścia z więzienia obciągając jego kumplowi w samochodzie. Zmarli oboje. Nie ma pracy, nie ma kobiety ani poczucia, że ktoś naprawdę w niego wierzył i czekał. W końcu nadchodzi burza, więc jak mogłoby być normalnie? Cienia nawiedza w każdym miejscu dziwny gość, który pozwala nazywać się Wednesdayem i oferuje mu pracę. Wednesday pojawia się wszędzie, wie o wszystkim, przepowiada Cieniowi to, czego on sam jeszcze nie wie. Laura nie żyje, więc co innego miałby robić były więzień? Cień i Wednesday rozpoczynają owocną współpracę, spotykają słowiańskich bogów, starego dobrego Anansiego, afrykańskiego boga pająka i starają się zjednoczyć boską ferajnę przeciw nowym bóstwom komputerów, mediów i innych wynalazków współczesności. Normalność przepadła, a Wednesday zwany dawniej Odynem ciąga Cienia za sobą, przez świat fantastycznych istot, tanich knajp przy autostradach, świat pachnący Jackiem Danielsem i krwią. Za mężczyzną podąża jego powstała z grobu żona. Nigdy nie było normalniej.

W mojej opinii Gaiman jest świetnym pisarzem. Tworzy wyjątkową atmosferę, charakterystyczną tylko dla swoich tekstów i wprowadza z łatwością absurd do znanego świata w tak nieuchwytny sposób, że to co wydawałoby się nielogiczne, po kilkudziesięciu stronach przestaje dziwić i staje się dla czytelnika czymś znajomym, integralnym z uniwersum. Poziom absurdu u Gaimana w ogóle jest bardzo wysoki i wymaga przetrawienia pewnych "faktów". Dlaczego ifryt z Bliskiego Wschodu kocha się z islamistą w Nowym Jorku i dlaczego wcześniej wspomniany jest tym zachwycony? Dlaczego kobieta, która przed chwilą była zwykłą prostytutką, nagle pochłania waginą swojego kochanka? Nie pytajcie. Pisarz po prostu snuje historię, którą należy przyjąć do siebie i ogarnąć umysłem. Samo uniwersum poza tym, że wykracza poza logikę, jest bardzo ponure. Właściwie to nie "uniwersum" a nasz codzienny świat, w którym Gaiman dostrzega i opisuje szczegóły, które tworzą tę niepowtarzalną atmosferę. Miejsca, które wybiera, sposób w jaki opisuje, to wszystko składa się na wyjątkowość tekstu.

Bohaterowie, to głównie bogowie, ale też ludzie z krwi i kości - zdarzają się. Każdy jest wielkim indywiduum, o swoich upodobaniach, zwyczajach, sympatiach i antypatiach. Postacie mają swoje unikalne zestawy cech, wyjątkowe charaktery oraz swoje jądro ciemności. U Gaimana nie ma bogów i ludzi kryształowych. Albo masz brud za paznokciami, uwielbiasz rozbijać czaszki, zabiłeś kogoś, kłębią się w Tobie robaki, albo nie nadajesz się na gaimanowego bohatera. Do samego końca te ciemne strony niemilców wypełniających powieść są niedopowiedziane i dopiero finał rozjaśnia obraz w bardzo brutalny sposób całą sytuację. Zarówno fabuła jak i natura bohaterów nie są przewidywalne.

"Amerykańscy bogowie" dla zwykłego śmiertelnika mogą stanowić na pewno pozycję zbyt dosłowną, zamało delikatną, za bardzo plującą na jakiekolwiek zasady dobrego smaku. Może też przeszkadzać oderwanie od realności, które wbrew pozorom samo w sobie jest bardzo obrazowym komentarzem do współczesności i właściwie więcej w tym prawdy o nas, niż w bardzo przyziemnych książkach o ludzkich historiach. Jeśli jednak ktoś jest w stanie odsunąć na bok uprzedzenia i przeczytać dobrą niebanalną powieść, to gorąco polecam zapoznanie się zarówno z tą pozycją, jak i z resztą twórczości autora. Napomknę, że książka zebrała wiele nagród, do wielu została nominowana i stała się bestsellerem :)


czwartek, 19 kwietnia 2012

Stos Forgotten Realms i zapowiedź


Oto mój skromny plan czytelniczy na najbliższy czas. Rzadko zdarza mi się wstawiać stosy, bo kupuję książki nieregularnie, a jeszcze mniejsza regularność jest w doborze kolejności czytania... Teraz jednak wyklarował się plan i recenzowane będą po kolei od dołu książki na obrazku, czyli księgi I-III Wojny Pajęczej Królowej Salvatore'a, po czym powrócę do Drizzta. Tego już nie widać na zdjęciu, natomiast dwie książki wyżej, to księgi IV i V Legendy Drizzta. Może autor nie jest uwielbiany, ale jak dla mnie świat Forgotten Realms ma swoją specyficzną atmosferę i choćby tylko z tego względu lubię osadzone w tym uniwersum pozycje. Książki wyżej są dawnymi prezentami, a dwie pierwsze od dołu to efekt wymiany na lubimyczytać.pl Tak więc rozpocznie się przygoda w Podmroku, oraz wyprawy z mrocznym elfem, drowem :)

Natomiast kolejna recenzja pojawi się w tym tygodniu lub na początku następnego i będą to "Amerykańscy bogowie" Neila Gaimana, w wersji autorskiej. Dość ciężki orzech do zgryzienia, bardzo wyjątkowa i jeszcze bardziej specyficzna książka, no ale to Gaiman w swoim żywiole... Będę zniechęcać osoby preferujące zdrowie psychiczne i normalność :))

A na koniec akcent muzyczny: 

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

"Uwięziona w bursztynie" tom 2 Diana Gabaldon

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 256
Cena: 32zł
Okładka twarda
Ocena: 8/10


Przyszedł czas, aby kolejny raz zachęcić panie do sięgnięcia po serię Diany Gabaldon. Drugi tom "Uwięzionej w bursztynie" to następne rozdziały historii Clarie Randall przeniesionej do siedemnastowiecznej Szkocji, oraz Jamesa Frasera, bystrego Szkota z Broch Tuarach. Tom drugi został wyodrębniony przez Świat Książki, we wcześniejszym wydaniu takiego zabiegu nikt nie dokonywał. Nie uważam tego absolutnie za powód do rezygnacji z tej emocjonującej i porywającej historii, która znów rzuca nas w objęcia szkockich gór, klanów i walki o restaurację tronu Stuartów. Dawka przygód z historią w tle okazała się w tomie drugim zdecydowanie lepsza, niż w poprzedniej odsłonie.

Dokonam krótkiego przypomnienia - Clarie i James spędzili sporo czasu we Francji, gdzie starali się, by nie doszło do powstania w walce o niepodległość Szkocji, licząc na swoje kontakty z królem Ludwikiem oraz francuskimi bankierami. Ich motywy opierały się na wiedzy Clarie ze współczesnego nam świata - kobieta dobrze pamiętała, że pod Culloden w bitwie pod chorągwią Stuartów walczących o tron zginęło większość szkockich klanów, czyli jej przyjaciół i wspaniałych ludzi, których zdołała już poznać. Cały pierwszy tom skupiał się na próbach zapobiegnięcia przelania krwi podczas cullodeńskiej rzezi.

Uwaga! Jeśli ktokolwiek zamierza czytać pierwszy tom, teraz należy się wyłączyć - następuje spoiler. 

Tak więc tom drugi to nic innego, jak przebieg powstania szkockich klanów pod wodzą szalonego księcia Stuarta, który młody i nieokrzesany, dopiero szkoli się w sztuce wojennej. Bitwy i ważniejsze wydarzenia obserwujemy oczami Clarie, która podążyła na pole bitwy wraz z mężem, by pełnić rolę lekarza polowego. Punkt widzenia kobiety ma tutaj dość zasadnicze znaczenie - Clarie nie będzie nam podawała suchych faktów i planów taktycznych szkockich górali, ale opowie wszystko jako kochająca żona, przyjaciółka wielu walczących mężczyzn i kobieta, w której rękach spoczywa los kilku tysięcy ludzi w armii Szkocji. Spocznie też na niej odpowiedzialność za zdrowie i życie żołnierzy - jako jedyna posiada wiedzę i umiejętności pochodzące z XX w., które mogą uratować wiele istnień w przeciwieństwie do upuszczania krwi stosowanego przez jej kolegów "po fachu" uwijających się na polu bitwy. Przy okazji pani Randall będzie miała znowu okazję zmierzyć się ze swoimi dawnymi demonami i wspomnieniami o porzuconym mężu.

Koniec spoilera.

Nastąpił duchowy powrót do pierwszej części serii, czyli powrót do atmosfery Szkocji i jej niesamowitych mieszkańców, dla których upływ czasu i postęp nie miały większego znaczenia. Czyli wróciło to, co według mnie stanowiło trzon całego klimatu i istotę opowieści snutej przez pisarkę. Wszyscy jesteśmy obeznani nieco z Francją i tym podobnymi zachodnimi mocarstwami z tamtych czasów, ale Szkocja, to coś zupełnie innego i wprowadzającego powiew świeżości do wałkowanych na historii tematów. Mimo, że ten tom był dużo krótszy od pierwszego, stanowi znacznie lepsze źródło przyjemności i rozrywki dla czytającego. Nie brakuje niczego z charakterystycznych elementów serii - romansu, improwizowanej medycyny, nutki okrucieństwa oraz rozterek Clarie Randall. Uważam, że pani Gabaldon powrót do korzeni wyszedł absolutnie na zdrowie i brzmienie szkockich melodii to to, czego potrzebuje historia Angielki i Jamiego Frasera. Odsyłam oczywiście do recenzji poprzednich części, czyli "Obcej" i "Uwięziona w bursztynie tom 1"
Polecam!

wtorek, 10 kwietnia 2012

"Gra o tron" George R.R. Martin

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 774 + mapy
Cena sugerowana: 49 zł
Wydanie II
Ocena: 9/10

Zmierzyłam się z potworem, czyli zapoznałam się z historią, która ostatnio nie daje spać ludziom w swojej serialowej postaci. Jestem sceptyczna wobec ostatnich krzyków mody literatury i filmu, więc długo wzbraniałam się przed zakupieniem, a jeszcze dłużej przed przeczytaniem. Dzisiaj cieszę się, że jednak się do tego zmusiłam - tekst Martina spełnił moje oczekiwania. Liczyłam na epicką opowieść, sporą dozę przygód, i świetnej fantastyki zaprezentowanych przez świadomego, dobrego pisarza. W moim osobistym odczuciu właśnie tak można opisać tę książkę, nie kłamiąc i nie koloryzując.

Pierwsze co mnie uderzyło, to rozmach, z jakim George R.R. Martin stworzył swoje "małe" dzieło. Świat, który wykreował, jest złożony, logicznie uporządkowany i obszerny wraz ze swoją unikalną historią. Uroku dodaje też wielowarstwowość opowieści. Na pierwszym poziomie są losy rodziny Starków, na drugim polityczne zawirowania, na kolejnym autor skupia się na życiu Daenerys, która chce odzyskać tron, a poza tym wszystkim pojawiają się też kulturowe różnice między ludźmi z martinowskiego świata. Cała powieść podzielona jest na przeplatające się fragmenty, dotyczące którejś z głównych postaci reprezentujących rody Targaryenów, Starków czy Lannisterów. Mimo takiego rozwiązania, pisarz uniknął braku spójności oraz podołał przedstawieniu ogromnego świata za pomocą prowadzenia historii wybranych bohaterów. Niektórych dopiero czekających na lekturę "Gry o tron" może martwić to, co i we mnie budziło wątpliwości - czy książka nie jest suchym opisem wojen i intryg politycznych. Tutaj też nie ma na co narzekać - Martin uniknął tego błędu, przedstawiając poruszającą historię rodu Starków oraz młodej Daenerys Targaryen. Na tle wielkich wydarzeń dzieją się małe osobiste tragedie każdego z członków rodziny oraz Dany. Starkowie to dumny ród z północy, lecz tak naprawdę to także ludzie z krwi i kości - niezgadzające się ze sobą siostry, bękart Jon Snow szukający sobie usilnie miejsca w nieprzychylnie nastawionym do niego świecie, czy  mały Bran, którego kalectwo przekreśliło jego marzenia o rycerstwie. Historia Dany, czyli Daenerys również wyklucza obojętność - brak miłości ze strony egoistycznego brata, który hoduje w niej swoje własne ambicje, brak możliwości decyzji o sobie samej i przymuszenie do szybkiego dorastania. Martin nie poległ i uniósł temat w taki sposób, że każdy powinien znaleźć coś dla siebie.

Trudno mi jest jawnie narzekać na cokolwiek w "Grze o tron". Jest to na tyle kompletna i dobrze napisana książka, że wskazanie wad graniczy z niemożliwym, przynajmniej dla mnie. Jedyne, co decydowało o tym, że nie jest to 10/10 to właśnie rozdrobnienie na wielką ilość odrębnych wydarzeń, postaci i miejsc w taki sposób, że nie można było w pełni zżyć się z bohaterami i lepiej ich poznać. Co nie jest do końca silnym argumentem, bo przecież wiadomo, że książka ma swoje kontynuacje. Mnie jednak brakowało trochę więcej Eddarda Starka, lecz za rekompensatę uważam świetną historię Dany. Tak czy inaczej, w ostatecznym rozrachunku nie poczułam się poruszona aż tak, by przyznawać maksymalną ocenę. Wydawało mi się też, że część postaci jest za bardzo biała lub czarna, ale o to samo mogłabym oskarżać Tolkiena - przy takim rozmachu nie ma to aż takiego znaczenia.

Zdaję sobie sprawę, że wiele osób pewnie trzyma się z dala od serii z tego samego powodu co ja - za dużo szumu na temat książki potrafi odstręczać. Być może niektórzy jako pierwszy poznali serial i teraz nie mają ochoty czytać. Ja jednak powiem, że warto, bo przy najnowszych propozycjach pisarzy fantastyki to naprawdę mocna pozycja, dużo lepsza niż rozmemłana Canavan (chyba nigdy nie dam jej spokoju...) czy produkowane masowo paranormale. 

sobota, 7 kwietnia 2012

"Dwie strony medalu" J.M.R. Michalski

Ocena: 1/10
Cena: ok.20zł w księgarni Gandalf
Liczba stron: 207
Wydawnictwo: Lucky
Rok wydania: 2012




"Dwie strony medalu" to powieść o dwójce młodych przyjaciół, którzy zostali wystawieni na ciężką próbę walki z losem. Michał i Adam są zupełnie inni - jeden bogaty, ułożony, pobożny i pomocny, drugi egoistyczny, brutalny, pełen zepsucia, zdeklarowany ateista. Ich życie szczególnie zmienia pojawienie się w szkole nowej osoby, Alicji Tusińskiej, która pobudza w Adamie nowe strony osobowości. Michał tymczasem rozkoszuje się swoim perfekcyjnym życiem - perfekcyjną narzeczoną, doskonałymi ocenami, wynikami sportowymi i tytułami. Bajka ta nie jest jednak wieczna

Tak naprawdę książka dotyczy konfliktu wiary i skupia się wokół pytania teodycei. Skąd zło? dlaczego człowiek cierpi, nawet jeśli poświęca się religii? Jak można zaakceptować plan Boga, jeśli odbiera nam wszystko to co kochamy? Cała historia dwójki młodych ludzi obraca się wokół tego tematu. Pomysł historii tragedii  dwóch sprzecznych osobowości na tle pytań teodycei jest naprawdę niezły, ale każdy już pewnie zdążył zauważyć ocenę... I tu zaczynają się moje narzekania, bardzo zresztą obszerne.

Punkt pierwszy - gdzie podziały się szyk zdania i interpunkcja? Nie tyczy się to oczywiście całego tekstu, ale w wielu momentach przecinki są postawione nielogicznie, zdanie zbudowane jest co najmniej dziwnie, do tego brakuje np. myślników sygnalizujących wypowiedź. Są też fragmenty, w których brakuje zaznaczenia nowego akapitu i tekst jest zlany. Poza tym zdarza się, że opowieść prowadzona jest w czasie przeszłym i nagle pojawia się czas teraźniejszy, zupełnie nielogicznie w stosunku do reszty tekstu. Ogólnie rzecz ujmując jest sporo błędów, których korekta nie mogła poprawić, bo zadaniem korekty nie jest chyba nauczanie...

Punkt drugi: język jest potwornie infantylny. Książkę czyta się bardzo szybko, ale też bez silniejszych wrażeń. Opisy sytuacji czy osób zdają się być przygotowane na szybko i bez przemyślenia. Wyglądają jak charakterystyka postaci z gimnazjum i można by nawet przepisać cechy w punktach od myślników. Bohaterów nie poznaje się stopniowo po ich zachowaniu. Od początku dostaje się szczegółowe instrukcje łącznie z historią postaci i można się poczuć jak podczas sesji RPG z niezbyt doświadczonymi graczami. Historia nie ma żadnego wyraźnego wstępu, charakterystyka bohaterów atakuje znienacka, nachalnie niczym kelnerzy w pizzy hut..

Nie ma zwykłego budowania napięcia, najważniejsze zwroty akcji zajmują czasem pół akapitu i wydają się również być nieplanowane. Całą książkę odnosi się wrażenie czytania czegoś, co pisarz stworzył na szybko, bez refleksji. Wygląda to na odbębnioną historię i mimo dobrego pomysłu i potencjału, ma więcej cech szkolnego wypracowania aniżeli dojrzałej powieści.

Punk trzeci: niedojrzałość tekstu powoduje nudę. Jeśli pojawi się moment wywołujący emocje, to okazuje się, że po akapicie sytuacja się kończy i nagle narrator wraca do zupełnie neutralnych spraw. Można odnieść wrażenie, że z tekstu wycięto całe fragmenty dotyczące rozwoju sytuacji, reakcji bohaterów itp. itd. Nie ma żadnego momentu pomiędzy, nie ma żadnych przejść ani świadomego prowadzenia czytelnika po wydarzeniach. W dodatku postacie irytują swoją prostolinijnością. Z jednej strony pomysł na bohaterów był naprawdę niezły, mimo że dość oklepany - dwójka przeciwnych charakterem chłopaków, czarny i biały i tak dalej.  Tak naprawdę nie da się ich poznać i ich zachowanie nie potwierdza czasami opisu narratora. Osoby, które zostały opisane jako wyjątkowe, okazują się mieć infantylny tok myśli i zero dojrzałości. 

Do trzech razy sztuka, więc tutaj skończę swój potok uprzejmości. Szkoda zmarnowanego potencjału powieści, która gdyby głębiej na to spojrzeć, opowiada o czymś jak najbardziej istotnym i wcale nie musiała być złą pozycją. Wręcz przeciwnie, autor poruszył przecież kwestię nękającą filozofów od czasów istnienia ludzkości...ale opakował to w formę uczniowskiego wypracowania z błędami, na które niejeden polonista mógłby narzekać. Trop był dobry i właściwy, intencje szlachetne, ale wykonanie marne i że się wstrzelę tematycznie, woła o pomstę do nieba. 

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości autora.




sobota, 31 marca 2012

"Córka kata" Oliver Pötzsch

Wydawnictwo: Esprit
Liczba stron: 477
Cena: 39,90zł
Ocena: 7/10
Okładka: miękka
Rok wydania: 2011


Rzemiosło katowskie zostało już dziś mocno zapomniane i przyprószone kurzem historii. Zwykle kojarzymy katów z dekapitacją, choć częściej wspomina się o skazanych aniżeli o oprawcach, wykonujących jakby nie patrzeć prawomocne wyroki. Oliver Pötzsch, który jest potomkiem katowskiej dynastii Kuislów z Bawarii postanowił w tej powieści przybliżyć temat i wyciągnąć z kart historii swoją rodzinę, która żyła w mieście Schongau tuż po wojnie trzydziestoletniej roku pańskiego 1659.

Kuislowie to dynastia katów, piastująca tradycję zawodu od wielu lat. Jakub Kuisl jest znanym w Schongau mistrzem małodobrym i sumiennie wykonuje od lat swoją pracę, zapewniając byt swojej żonie, córce Magdalenie oraz dwójce bliźniaków. Jego pozornie spokojne życie zakłóca niespodziewanie seria brutalnych morderstw. Giną dzieci, a ich obrażenia - rany kute i tajemnicze znaki pozostawione przez oprawcę wywołują w mieście panikę. Oskarżona zostaje miejscowa akuszerka, bowiem znaki na ciałach dzieci odczytane są jako znaki czarownic, a to u niej bywały wszystkie zmarłe pociechy. Rozpoczyna się śledztwo, a Kuisl dobrze wyczuwa, że to wcale nie poczciwa miejska kobieta odbierająca porody stoi za zbrodniami...mimo to jest zmuszony to torturowania oskarżonej.

"Córka kata" to opowieść kryminalna pełna fałszywych poszlak i niepewnych tropów. Zadziwiło mnie, że tekst napisany przez człowieka, który chciał po prostu uwiecznić swoją rodzinę, jest poprowadzony tak sprytnie i świadomie, że niemal do końca czytelnik nie ma pojęcia jak sprawa może się zakończyć. Większość powieści to śledztwo, jednak niestety jak dla mnie, wyjaśnienie było nieco za mało spektakularne.
Mimo, że autorowi długo udaje się wywodzić na manowce czytającego, to odkrycie tajemnicy właściwie nie wywołuje dreszczy i okrzyków w głowie "Jak mogłem nie wiedzieć?!".  Nie jest to jednak powód to spisania książki na straty. Od początku sytuacja przede wszystkim zmusza do nawiązania więzi z bohaterami i wytworzenia współczucia i pragnienia sprawiedliwości. Autor świetnie przekazał siedemnastowieczną ciemnotę mieszkańców małego miasteczka oraz ciemne strony ludzkiej natury. Nie sposób stłumić w sobie wewnętrznego sprzeciwu wobec wydarzeń przedstawionych w książce i odłożyć tekst na bok. Kuislowie trzymają przy sobie do samego końca.


Najbardziej zaskakujący był dla mnie tytuł. Spodziewałam się głównie opowieści o kobiecie uwikłanej w ograniczenia i przywary katowskiej rodziny, a okazało się, iż tytułowa córka kata to niezbyt ważna postać. Cała akcja skupia się na śledztwie prowadzonym przez kata oraz zakochanego w Magdalenie młodego medyka Simona,  który jest duszą walczącą o sprawiedliwość i nie umie pozostawić akuszerki samej sobie. Czas, miejsce akcji oraz główni bohaterowie wytwarzają bardzo specyficzną i ciężką atmosferę - pisarz nie stroni od opisów tortur, ran, a także siedemnastowiecznych prób leczenia, charakter Jakuba Kuisla jest również ciężki i ponury. Wszystko odbywa się w aurze walki paru ludzi o niemożliwe i podczas czytania nieraz zaciska się zęby, słysząc o kolejnej ranie zadanej akuszerce -"czarownicy". 

"Córka kata" jest dobrze napisana, czyta się przyjemnie i lekko, co jest wyjątkowe przy tak przytłaczającej atmosferze. Można przyczepić się do zakończenia oraz do niepasującego tytułu - pierwsze skrzypce grają bohaterowie męscy, a córka kata niekiedy do nich dołącza. Natomiast ogromnym plusem jest zgodność historyczna, Autor postarał się o dokładne odtworzenie realiów, a to co przeinaczył na rzecz dramaturgii wydarzeń, wyjaśnił w posłowiu. Stawia to książkę w świetle małej skarbnicy wiedzy o obyczajach i rzemiośle katowskim - przedstawione są nam codzienne obowiązki kata, jego narzędzia pracy, a nawet zajęcia poboczne, które udokumentowano historycznie. Powieść mimo mało porażającego zakończenia jest przejmująca i prawdziwa. Kryminalne zabarwienie zdecydowanie dodaje wszystkiemu smaku, sprawiając, że jest to naprawdę wyjątkowa, mroczna pozycja. Mimo odległych czasów,  bohaterowie szybko chwytają za serce i porywają w odmęty ponurych realiów Schongau. Polecam!


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu:

sobota, 24 marca 2012

Top 10: Ulubieni bohaterowie filmów i seriali

 Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.




Dziś przyszła pora na... Dziesięciu ulubionych bohaterów filmów i seriali!

Pozwolę sobie na złamanie reguły, bo nie jestem wielką fanką seriali... W tym przypadku będzie Top 5, a filmy pozostaną w tradycyjnej 10 :)
Filmy:
1.Gandalf the Grey

2. Mr. Blonde (Reservoir Dogs)

3. Vincent Vega (Pulp Fiction)

4. Qui Gon Jin

5. Jack Sparrow

6. Cleric John Preston (Equilibrium)

7. Tyler Durden  (Fight Club)



8. Saladin (Arn The Templar)

9. Bohun

10. Achilles

Seriale:
1. Dr Cal Lightman

2. Wiedźmin

3. Prior Philip (Pillars of the Earth)

4. Jack Jackson (Pillars of the Earth)

5. Ferdynand Kiepski :D












czwartek, 22 marca 2012

"Mordercy w mauzoleach - Między Moskwą a Pekinem" Jeffrey Tayler



Wydawnictwo: Carta Blanca, Grupa wydawnicza PWN
Liczba stron: 411
Cena sugerowana: 34,90zł
Ocena: 8/10
Okładka: miękka
Rok wydania: 2011
- Za czasów Związku Radzieckiego dobrze nam się żyło - przerwał mu Astan - Co nam dał Zachód, no co? Pornografię i seks.

Czy zdawaliście sobie sprawę, że największym ludobójcą XX wieku nie był wcale Stalin ani Hitler? Czy każdy z nas na pewno ma pojęcie o tym co dzieje się za wschodnią granicą? Jeffrey Tayler, Amerykanin osiadły w Rosji, postanowił rozwiać wiele mitów i stworzyć niebanalny reportaż, przemierzając wybrane kraje na linii Moskwa-Pekin. Człowiek zachodu wyciąga z zapomnienia narody, które cały czas szarpią się ze sobą w dawnych krajach Związku Radzieckiego, nastawia ucho przy rozmowach ze zwykłymi, szarymi obywatelami i prowadzi dywagacje na tematy, które nam wydają się bezpiecznie odległe - ale czy to właśnie jest właściwa postawa?

- Myśmy wierzyli w nasz system, całkiem jak dzieci. Myśleliśmy, że w ten sposób służymy ojczyźnie! Służyliśmy Stalinowi i sprawie światowego socjalizmu! Jak mogliśmy kłamać władzy radzieckiej, najbardziej postępowej władzy na świecie?
Reportaż z podróży napisany przez Taylera opatrzony jest oczywiście odpowiednim komentarzem historycznym. Opisy jego spotkań i przygód poparte są wprowadzeniami i wtrętami odnośnie różnych wydarzeń, definicji, stosunków etnicznych itd. Tekst jest bardzo rzetelny, dobrze przygotowany, ale przede wszystkim świetny z uwagi na to, że Tayler prowadzi rozmowy z przypadkowymi ludźmi, a nie z oficjałami czy uczonymi. Dzięki temu pojawia się wiele szokujących informacji i dialogów, które na pewno zmienią światopogląd wielu czytelnikom. Książka Taylera, mimo że nie pozbawiona zachodniego spojrzenia, nie jest paplaniną zapatrzonego w demokrację Amerykanina. Autor jest bardzo ostrożny w ocenach, co mnie osobiście niesamowicie ujęło, ponieważ drażni mnie zwykle podejście typowo amerykańskie do kwestii wschodnich. No i obiektywizm jest zachowany też z innego powodu - pisarz nie jest religijny, więc nie wyszukuje żadnych wyższości, nie krytykuje. Opis być może jest nieco suchy właśnie przez to, że kontrowersyjne sprawy nie są poparte ostrym komentarzem, ale według mnie Jeffrey Tayler okazał się bardzo fajnym człowiekiem i wzbudza sympatię swoim brakiem ingerencji jeśli chodzi o newralgiczne kwestie, szczególnie z punku widzenia człowieka zachodu. Tę bezstronność, praktykowaną do granic rozsądku ma się rozumieć, nadrabia własnymi przygodami i doborem swoich rozmówców.

Jedyne o co miałam żal do Taylera, to brak żyłki literackiej. To niestety nie jest Kapuściński i nie doznamy tutaj silnych przeżyć związanych z opisami. Tekst przedstawiony jest miejscami dość sztywno, no ale mamy do czynienia z reportażem a nie z powieścią sensacyjną. Troska pisarza o naszą wiedzę pozostawia wiele kart zapisanych objaśnieniami, historią aż do X w. (a zdarza mu się i wypaść poza A.D.), uwzględniającą wiele spraw, gospodarki nie omijając - nie jest to jednak nudny wykład, a ułatwia zrozumienie wielu rzeczy.

Osobiście miałam inne oczekiwania odnośnie książki, ale to przez własne nastawienie - chciałam przeczytać jakiś fascynujący pamiętnik z podróży, pełen pięknych obrazków i pozytywnych wrażeń. W przypadku "Morderców w mauzoleach" te wrażenia nie są zbyt pozytywne ze względu na tematykę i przytaczane historie - niewesołe, szokujące, ale na ten drastyczny sposób. Polecę tę książkę z czystym sumieniem, bo to dobry kop wiedzy, podany w sposób bardzo strawny i opatrzony światopoglądem, z którego obecności możemy nie zdawać sobie sprawy. No i warto zainteresować się tym, co leży wcale nie tak daleko od nas, a nie tylko Cejrowskim w Jerozolimie :))

poniedziałek, 19 marca 2012

Film "John Carter"

Bohater wojny secesyjnej, kawalerzysta John Carter stracił rodzinę. Od tej pory jego jedynym celem stało się poszukiwanie złota, zaś sam były żołnierz obiecał sobie nigdy nie stawać "po czyjejś stronie" w walce. Chciał żyć sam dla siebie. Jednak jak to zwykle bywa, złośliwy los wrzucił go w nową, niespotykaną sytuację. W jaskini pełnej złota coś przenosi Johna na zupełnie inną planetę - Marsa.

Nie jest to stricte recenzja, ale luźne wrażenia z filmu :) Produkcja pochodzi z disneyowskiej skarbnicy i jest oparta na książkach tego samego pana, który podał nam kiedyś Tarzana. John Carter, bohater przygód na Marsie, jest starszy wiekiem od Conana i Gwiezdnych Wojen, do których nieustannie się porównuje jego historię oglądając film. Nic dziwnego - przez to, że ekranizacja jest świeża, nie sposób uniknąć wrażenia deja vu. I w sumie można to poprzeć paroma spostrzeżeniami, bo o ile historia Johna jest stareńka, to sposób przedstawienia jest odgrzewanym kotletem. Nie da się nie wybałuszyć oczu np. na scenę walki na Arenie, która jest tak wizualnie podobna do tej z Gwiezdnych Wojen: Ataku Klonów, że rzecz staje się groteskowa.. Podobnie niektóre stworzone przez grafików stworki, również są budową niesamowicie podobne do Lucasowskich kreatur. Tharkowie wyglądają jak klonerzy z Kamino, a "piesek" Soli wygląda jak miniatura potwora z areny z Ataku Klonów, tylko z nowymi teksturami... Ogólnie rzecz ujmując skojarzeń jest bardzo dużo, ale nie powiem, żeby było to wizualnie przykre :) Film zakwalifikowałabym raczej dla młodszego odbiorcy, bo jest niesamowicie przewidywalny, prosty i oczywisty. Mnie oglądało się go całkiem dobrze, ponieważ jest po prostu ładny - ładnie zrobione machiny, efekty itd. Kiedy przełknie się już dozę infantylności, przy oglądaniu można się naprawdę dobrze bawić. Jak to zwykle bywa w podobnych produkcjach, jest bardzo epicko i spektakularnie, choć właśnie w tej całej spektakularności brakuje elementu zaskoczenia. Warto spojrzeć na tę pozycję jako na kawałek kolejnej disneyowskiej bajki, tylko w odrobinę dojrzalszym wydaniu, ale równie przyjemny i odprężający jak inne produkcje z tej wytwórni.
Polecam dla nieczepiających się i pragnących chwili relaksu!

Dla zainteresowanych trailer:


A oto odtwórcy głównych ról:
 Taylor Kitsh


 Lynn Collins



środa, 14 marca 2012

"Africanus. Syn konsula" Santiago Posteguillo

Wydawnictwo: Esprit
Liczba stron: 391 + Dodatki - mapy, słowniczek pojęć, drzewo genealogiczne
Okładka: miękka
Ocena: 5/10, 3/6

Książka Santiago Posteguillo zapowiada się na opowieść o dzielnym rzymskim wodzu, który zdobywa chwałę na polu walki, wchodząc w szranki ze sławnym Hannibalem trzymającym w swoich rękach armię Kartaginy oraz plemiona Galów i Iberów. Tłem historycznym jest wojna między Kartaginą cierpiącą po swojej wcześniejszej klęsce, a Rzymem, który traci powoli moc przez przepełnionych pychą konsulów skupionych na własnej ambicji. Sytuację uratować ma młody Africanus - czyli inaczej Publiusz Korneliusz Scypion. 

Napisałam "zapowiada się" bo zawartość nie do końca pokrywa się z opisem umieszczonym na książce. Historia miała dotyczyć Africanusa, a w rzeczywistości w pierwszej części trylogii mowa głównie o potyczkach między Hannibalem i rzymskimi konsulami, kiedy młody Scypion jeszcze dorasta. Do tego pojawia się wątek Tytusa Makcjusza, który kończy się w połowie książki z zapowiedzią, że to jeszcze nie koniec jego losów. W efekcie miejsca dla Publiusza Korneliusza zostaje niewiele. Zawsze określenie tła historycznego jest bardzo istotne, ale w tym przypadku, to co miało być tłem, stało się tematem. W dodatku w opisie zamieszczonym z tyłu znajdują się spoilery do drugiej części - można się dowiedzieć o śmierci bohatera, który przez całą książkę żyje i ma się świetnie...a także o losach głównego bohatera, samego Africanusa. 

Narracja tchnie niestety mocno podręcznikiem do historii. Widać pewne silenie się na nieco większy luz, ale daje to efekt encyklopedii z wtrętami fabularnymi. Co ciekawsze, w paru miejscach pojawiają się sprostowania od tłumacza, który wytyka pewne historyczne nieścisłości - za to oczywiście duży plus, że pojawia się weryfikacja. 

W książce często pojawiają się informacje o ruchach wojsk i zamierzeniach strategicznych, zaś same bitwy opisywane są dość zwięźle i niezbyt spektakularnie. Pojawia się sporo liczb, nie ma też żadnego napięcia - prawie od razu wiadomo, kto wygra i w jaki sposób. Oczywiście wyniki bitew można sobie sprawdzić w Internecie, nie mniej jednak miała być to powieść fabularna, więc oczekiwałam czegoś, co mnie zaskoczy lub zafascynuje. Niekiedy materiał na naprawdę dobry opis zostaje zmarnowany na rzecz krótkiego streszczenia na dwóch stronach. Bohaterowie niestety również nie porywają czytelnika wgłąb Półwyspu Apenińskiego. Autor mierzył się w swojej książce z legendarnymi postaciami, a wyszli z tego ludzie, których można opisać maksymalnie dwoma przymiotnikami, niemal bez słabości i cech ludzkich. Wielka szkoda, szczególnie w przypadku Hannibala, który na pewno miał w sobie wiele charyzmy i charakteru.

Zaletą książki jest posmak rzymskiej kultury - pojawia się co nieco informacji o codziennym życiu mieszkańców, relacji między ludźmi i zwyczajów. Autor zatroszczył się też o poszerzenie wiedzy czytelnika o charakterystyczne terminy, dotyczące elementów broni, ubioru, czy formacji wojskowych. Miłym akcentem są też zagrania strategiczne Hannibala, ale niestety sprawę psuje wspomniana już narracja. Nie da się czytać podręcznika z wypiekami na policzkach. Szkoda też pominięcia głównego tematu - Africanus z pewnością zdominuje kolejną część trylogii, ale tutaj na pewno nie był głównym bohaterem i nie grał pierwszych skrzypiec. Ostateczna ocena jest średnią minusów oraz  wyżej wymienionych plusów i tego, że jest to jednak całkiem miło podana historia, choć wydaje się być nieco uproszczona, stąd brak zachwytów. Polecam sympatykom Rzymu i historii w dowolnej postaci.

Za przeczytanie dziękuję wydawnictwu: